Portal Duszpasterstwa Powołań OO. Bernardynów
Licznik
Do dni skupienia

w klasztorze w Leżajsku
Ankieta
Jakie odkrywasz (bądź już realizujesz) swoje życiowe powołanie?

W małżeństwie/rodzinie

W życiu zakonnym

w życiu zakonnym i kapłańskim

w życiu kapłańskim

W stanie wolnym

Jeszcze nie wiem

10. Droga do Kustodii

Z życia i działalności o. Martyniana Darzyckiego na Ukrainie

         Wszystkie opisane fakty, zdarzenia, przeżycia, związane z osobą o. Martyniana Darzyckiego, niezłomnego bernardyna, trwającego tyle lat na wyznaczonym mu posterunku, stanowią – jak  zgodnie twierdzą duchowni na Ukrainie – widomy znak Bożej Opatrzności, która posłużyła się tym kapłanem dla zachowania ciągłości prac i działań zakonu OO. Bernardynów, i Kościoła w ogóle, na tamtych odległych terenach. Lata samotnej pracy duszpasterskiej Ojca w niełatwych dziś do zrozumienia warunkach stanowią niezwykłe ogniwo, łączące dawne czasy, kiedy bernardyni przez kilka wieków prowadzili na Ukrainie zwykłą, normalną pracę misyjną, z czasami obecnymi, kiedy znowu w sposób niemal cudowny Zakon rozwinął się, a w ślady Ojca Martyniana (Wojciecha) Darzyckiego wstąpiło wielu wywodzących się z tamtych wsi i miast młodych ludzi, przywdziało habity św. Franciszka i powoli, systematyczną pracą dorabiało się własnej Kustodii. A najbardziej budujący jest fakt, że liczba kapłanów tego Zakonu nieustannie się powiększa i coraz bardziej się umacnia, potężnieje tamtejsza społeczność zakonna.

        I znowu trzeba podkreślić niezaprzeczalną prawdę, że i tu zasługi o. Martyniana są ogromne. On to bowiem w swych kontaktach, rozmowach, spotkaniach z kandydatami do stanu duchownego, alumnami Seminarium czy dopiero postulantami umiał rzeczowo, przekonywająco przedstawić ideały przyświecające Zakonowi Braci Mniejszych Obserwantów, a własnym przykładem pociągnąć za sobą przyszłych Ojców i Braci zakonnych. Nic dziwnego. Poza walorami osobistymi, wykształceniem, niewątpliwym talentem mówcy, imponował każdemu młodemu, który się z nim zetknął, rzadką u ludzi życzliwością, bezpośredniością, skromnością. Imponował też odwagą, której trzeba było mieć zapas niemały, aby wytrwać w tamtych czasach, ciężkich i niebezpiecznych, gdy nieustannie czuło się na sobie wzrok tajnych agentów, gdy każde słowo, zachowanie się, każda nauka, homilia były przedmiotem dokładnych analiz w urzędach NKWD, potem w KGB i w każdej chwili mogły spowodować kolejne zatrzymanie, areszt, więzienie. Należało wykazać się niezwykłą czujnością, spokojem, zimną krwią i opanowaniem tak w życiu codziennym, prywatnym, jak i w spełnianiu obowiązków duszpasterskich. I to także przyciągało ludzi do Kościoła, budziło zaufanie do dzielnego kapłana, a potem zaowocowało w rosnącej stale liczbie powołań do stanu duchownego i doprowadziło do stworzenia licznej już dziś rodziny bernardyńskiej. Dlatego cenią i szanują o. Martyniana władze kościelne, równie wysoko oceniają jego pracę nad utrzymaniem na dalekiej Ukrainie języka i kultury ojczystej władze świeckie Rzeczypospolitej, nagradzając skromnego zakonnika wysokimi odznaczeniami państwowymi (Kazimierz Żuchowski OFM – Powstanie Kustodii Św. Michała Archanioła, str. 2).

        Na pytanie od czego zaczęło się tworzenie na Ukrainie Kustodii OO. Bernardynów, o. Martynian Darzycki odpowiada z wrodzoną sobie skromnością: „Od Łaski Bożej”. I stwierdza dalej: „Mojej inicjatywy w tym nie było. Zgłaszali się do mnie kandydaci do stanu duchownego, ale nie zajmowałem się nimi w jakiś szczególny sposób, zmierzający do skaptowania ich, do werbunku w nasze szeregi, do narzucania im własnych przekonań i idei. Prowadziłem z nimi zwyczajne rozmowy, opowiadałem o życiu zakonnym, jego specyfice, ukazywałem trudności i potrzebę wyrzeczeń. Dopiero po wizycie o. Prowincjała (Franciszka Rydzaka), który obdarzył mnie uprawnieniami do prowadzenia ze zgłaszającymi się już normalnych zajęć, ściśle ukierunkowanych na życie zakonne, rozpocząłem pracę w sposób bardziej zorganizowany, choć, przyznaję – z wielkim strachem, bo wiadomo, co groziło nam wszystkim, gdyby doszło to do władz, do partii. A chodziło mi głównie o bezpieczeństwo tych młodych ludzi. Ale co wtedy było bezpieczne? Wszystko, co dobre, Boskie i głęboko ludzkie, pociągało za sobą nienawiść komunistów, a co za tym idzie – bolesne następstwa. O tym wiedzieliśmy aż nadto dobrze. Przyjeżdżali więc młodzi chłopcy, przysyłani przez swych zwierzchników i opiekunów, czasem i z własnej inicjatywy, by spotkać się ze mną, porozmawiać, zasięgnąć rady. Prowadziłem z nimi długie rozważania, dyskusje, odbywaliśmy wspólne nabożeństwa, jak na lud Boży przystało.

        Pamiętam przyjazd obecnego kustosza, o. Maksymiliana Dubrawskiego. Było to, o ile mnie pamięć nie myli, w roku 1981. Przyjechał z nim jeszcze jeden kandydat na kapłana. To już byli poważni ludzie. Widać to było z ich zachowania, sposobu bycia, postawy. Późniejsze życie potwierdziło to w całej rozciągłości. Jeszcze wtedy nowicjatu u nas nie było, ale zapewniałem ich, że jeśli dobrze odbędą i ukończą Seminarium, to będzie im to policzone za nowicjat. Uprzedzałem wszystkich, że potem będziemy musieli zbierać się i poznawać głębiej życie franciszkańskie, przekazywać sobie jego zasady i stosować je w praktyce. Przyjmowali moje słowa z całą powagą. Przychodzili coraz to inni, niektórzy potem występowali, zmieniając habit na sutannę, ale częściej bywało odwrotnie. Dwaj pierwsi zgłosili się jeszcze chyba na początku lat sześćdziesiątych. Pracowali w Barze. Przyjeżdżali na każdą niedzielę, żeby porozmawiać ze mną na tematy ich interesujące. Byli to o. Antoni Sobkowski i o. Dominik Hubczakiewicz. Dziś jeden pracuje w Połonnem, drugi w Czeczelniku. Mówiłem im dużo o zakonie św. Franciszka, ale decyzję co do wstąpienia w szeregi jego uczniów pozostawiłem im. Podjęli ją: zostali z nami. Zresztą większość z tych, którzy dziś prowadzą pracę kapłańską na Ukrainie, przewinęło się przez Miastkówkę, z biskupem Władysławem Szyrokoradiukiem włącznie, bardzo wartościowym księdzem, mądrym, z inicjatywą. Jedni potem zachęcali drugich, ci następnych. I działo się, jak Bóg chciał. A nauki, dni skupienia, przyjazne rozmowy zapadały głęboko w serca. I czuliśmy, że powstaje na Ukrainie nowa wspólnota, że się rozumiemy, cenimy się nawzajem i szanujemy. Modliliśmy się szczerze, gorąco, bywało, że płakaliśmy z radości, iż Bóg pozwolił odrodzić się naszemu Zakonowi. Ja szczególnie cieszyłem się, bo nie sądziłem wtedy, kiedy przeżywałem najgorsze lata, że doczekam takiego szczęścia. Naturalnie, składaliśmy nawet przysięgę, że nikt o naszych spotkaniach i wspólnocie się nie dowie. I tak czas przynosił coraz to nowe korzystne zmiany i niesie je nadal...

        Pyta pan, czy trudniej być zakonnikiem niż księdzem świeckim? Oczywiście! Po pierwsze – życie zakonne było przez komunistów najbardziej wzbraniane, prześladowane. Po drugie – reguła zakonna nakłada na każdego z nas o wiele więcej obowiązków, wymagań, wyrzeczeń. Ale daje w zamian więcej satysfakcji i pozwala głębiej pojmować życie duchowe, pojmować i stosować praktycznie. A my w dodatku wszystko robiliśmy nielegalnie. Za wszystko należało spodziewać się w każdej chwili poważnej odpowiedzialności. Lecz ważniejsze były nakazy Boże, mniej ważne ludzkie, zwłaszcza wrogie Bogu i Kościołowi.

        Jakim wielkim przeżyciem było dla mnie, a sądzę ze dla każdego z nas, pierwsze oficjalne włożenie habitu! Bo wcześniej nawet komża, na przykład w czasie procesji, wymagała tłumaczeń i stosowania różnych wykrętów. A kiedy raz stanęło nas ośmiu przy ołtarzu, w habitach, z krzyżami, w pełnych szatach liturgicznych, nie mogłem powstrzymać łez. I nie wstyd mi było tej słabości... Przemówić nie mogłem ze wzruszenia, widząc te rzędy zakonników, zupełnie jak kiedyś w naszych polskich klasztorach. A ci inni, młodsi, choć tego nigdy nie widzieli, także przeżyli mocno ten moment. Mnie zaś jak żywa stanęła przed oczyma młodość i tamte piękne, pełne nadziei czasy... A potem przyszła „pierestrojka”, potem zaczęto oddawać kościoły. Remontowaliśmy więc je, odnawiali, urządzali... To już był początek lat dziewięćdziesiątych. I wreszcie aż Kustodia! Wspólnota zakonna...! Cud prawdziwy! Tyle Bożej Łaski...!”

        W uznaniu zasług, jakie położył o. Martynian dla Kościoła i Zakonu Kapituła Prowincjalna Ojców Bernardynów Prowincji Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Polsce, rozumiejąc i wysoko oceniając doniosłość wysiłków Ojca i jego niezłomną wolę trwania na wyznaczonym posterunku bez względu na następstwa, skierowała do Miastkówki w dniu 8 czerwca 1990 roku POSŁANIE, w którym między innymi czytamy:

        „... Synowie św. Franciszka, wnet nazwani w Polsce bernardynami, rychło podjęli zlecone sobie zadanie i sięgnęli na dalekie ziemie Litwy, Białorusi i Ukrainy po obu stronach Dniepru, zakładając klasztory i głosząc słowo Boże. Trudy misyjne podejmowane na tych terenach pociągały za sobą wiele ofiar. Najazdy tatarskie, wojny kozackie, moskiewskie i tureckie obracały w gruzy kościoły i klasztory, wielu Braci poniosło śmierć męczeńską za wiarę. Mimo to Bracia nasi trwali tam lub wygnani – wracali i odbudowywali z pogorzelisk dawne placówki. Nawet rozbiory Polski i obce rządy wrogo nastawione do katolicyzmu i polskości długo nie mogły im skutecznie szkodzić. Całkowita kasata klasztorów i grabież Domów Bożych położyła w końcu kres zbożnej działalności. Przez dziesiątki lat żyła jeszcze pośród pobożnego ludu pamięć o bernardyńskich zakonnikach, a niektórym udało się wznowić na kilkanaście lat swą działalność po pierwszej wojnie (o. Herkulan Ziarnek w Zasławiu).

        Do tej historycznej misji nawiązałeś Ty, Drogi Ojcze Martynianie, po drugiej wojnie światowej. Swą determinację okupiłeś latami więzień i obozów, dziesiątkami lat znoszenia szykan i prześladowań. Z heroiczną odwagą i poświęceniem wytrwałeś na podjętym posterunku i jak św. Apostołowi Pawłowi, „Danem Ci było dla Chrystusa cierpieć, skoro toczyłeś tę samą walkę, jaką u Apostoła widziałeś” (Flp 1, 29–30). Potwierdzeniem słuszności Twego posługiwania i upodobania w oczach Bożych są te niespożyte siły Twego ducha – i tak widoczne owoce Twojej pracy. Znamy ją w większości tylko ze słyszenia, ale wszyscy jesteśmy względem niej z największym uznaniem i uwielbieniem. Dziękując Ci za to wszystko, że za całą naszą Prowincję zakonną pełniłeś i pełnisz naszą misję historyczną – z pełnym zaparciem, poświęceniem i ofiarnością – wpisujemy Cię w czasie naszej Kapituły na listę wielkich postaci historycznych naszej Prowincji. I życzymy Ci długich jeszcze lat życia i owocnej pracy w umiłowanym bez granic Twoim dziele... (Fragment „Posłania” w zbiorach o. Martyniana Darzyckiego w Miastkówce na Ukrainie).O swej drodze do kapłaństwa i powstawaniu Kustodii na Ukrainie interesujących informacji udziela obecny kustosz, o. Maksymilian Dubrawski (jest już biskupem ordynariuszem w diecezji kamieniecko-podolskiej – od redakcji):

        „... W naszym domu wiara zawsze była żywa. Rodzice uczęszczali regularnie do kościoła. Są już starzy – ojciec liczy sobie ponad 90 lat, matka 80. Po powrocie z kościoła zawsze rozmawialiśmy o nabożeństwie, o kazaniu i w tej atmosferze wzrastałem. W atmosferze pobożności, modlitwy... Każdy dzień i każdą pracę poprzedzała modlitwa. Tak jest do dziś. Nie wszystko z kazań księdza rozumiałem, bo języka polskiego w szkole nas nie uczono, ale rodzice potem wyjaśniali mi momenty trudniejsze, o które pytałem. Tylko, że nie zawsze mogłem bywać w kościele. Władze ówczesne wymyślały w niedziele lub święta najrozmaitsze zajęcia, «czyny społeczne», byle młodzieży nie pozwolić uczestniczyć w nabożeństwach. Pamiętam, że nawet w święta wielkanocne mieliśmy taki «czyn». Dopiero po odbyciu służby wojskowej byłem już od tego wolny i nie balem się konsekwencji za nieobecność na «czynie».

        Kiedy jeden z moich kolegów wstąpił do Seminarium w Rydze, potem drugi, zacząłem od czasu do czasu myśleć o ich decyzji. Nie bez wpływu były nauki naszych ówczesnych księży, między innymi ks. Jana Purwińskiego, obecnego biskupa, ordynariusza diecezji żytomierskiej, a także innych. Szanowaliśmy ich, wysoko cenili, a do spowiedzi na przykład do ks. Stanisława Szczypty ciągnęli wszyscy i tłumnie oblegali konfesjonał. I wtedy inny mój znajomy, który też jeździł do Rygi, zaproponował mi zostanie księdzem. Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Stan kapłański wydawał mi się wprost nieosiągalny, nie na moje możliwości. Ksiądz w moim ówczesnym pojęciu to była osoba święta, prawie że nie z tego świata. Nie wyobrażałem sobie nawet rozmowy z duchownym, takiej zwykłej, przyjacielskiej. Jeśli już, to tylko w konfesjonale. Kiedy więc zdarzyło się, że przyjechali do nas jednego razu księża aż z Litwy, nastąpiło przypadkowe spotkanie z nimi i od jednego z nich padła też taka propozycja, jak przedtem od kolegi, zastanowiło mnie to: koledzy? Teraz księża? Udzielają mi tych samych rad? Coś w tym musi być. I tak powoli myśl dojrzewała, a w końcu podjąłem decyzję: spróbuję! Z wielkim strachem, oczywiście, bo to wszystko mówiło się i robiło w wielkiej tajemnicy, choć to dla młodych też miało pewien urok.

        Po wyjeździe do Seminarium w Rydze zamieszkałem w mieście; a na zajęcia i wykłady dochodziło się – konspiracyjnie. Ciągły niepokój: złapią, czy nie? Ale trwaliśmy. Kurs nasz był stosunkowo liczny, było nas aż 10 osób, a ukończyło 6. To dużo. Inne kursy liczyły po 4, osób. Czasem nawet mniej.

        Poważnym niebezpieczeństwem było także to, że władze przysyłały do Seminarium swoich tajnych agentów, udających kleryków. Ci o wszystkim donosili i nie łatwo było ich rozszyfrować. Po dwóch, trzech latach znikali. Wtedy dopiero orientowaliśmy się, kim byli. Trzeba było ciągle mieć się na baczności, uważać, liczyć się z każdym słowem, każdą informacją. Mieliśmy na szczęście dobrych, wykształconych i mądrych wykładowców, często księży z parafii, dobrze znających ówczesną sytuację. Im zawdzięczamy i studia, i utrzymanie się w powołaniu, i uniknięcie dekonspiracji.

        Po święceniach w 1983 r. miałem pojechać do Gruzji, ale jakoś zdołałem utrzymać się na Ukrainie. Początki pracy nie były łatwe. Nawet Mszy św. prymicyjnej nie pozwolili mi odprawić. Trzeba było długich starań i wyczekiwania, zanim wyrazili zgodę, ale tylko na Mszę cichą i bez udziału wiernych. Zgodziłem się, bo musiałem. Będąc w Żytomierzu przypadło akurat św. Antoniego. Nieoczekiwanie zebrało się sporo ludzi. Pan Bóg tak zrządził, że zbiegło się «moje» święto z tamtym. Prymicja odbyła się nadspodziewanie uroczyście w niedzielę 12 czerwca 1983 r., a 13 czerwca, jako kapłan przewodniczyłem uroczystościom ku czci św. Antoniego. Potem długie poszukiwanie pracy, parafii. Kardynał ryski zatwierdzał każdy wybór, gorzej było z władzami sowieckimi, od których wyłącznie zależało, czy będę mógł zostać w parafii. W końcu dzięki pomocy ks. Jana Krapana otrzymałem pracę w Chmielniku, w województwie winnickim.

        Byłem sam. Znikąd rady, pomocy. Każdą decyzję musiałem podejmować osobiście, bez konsultacji z kimkolwiek. Nie miałem doświadczenia, nie mogłem więc mieć pewności, czy dobrze postępuję w określonych przypadkach. A oprócz Chmielnika obsługiwałem jeszcze pięć placówek w bliższej i dalszej okolicy. Szczególnie mocno przeżyłem pierwszy odpust 24 czerwca tego samego roku, na św. Jana. Dużo ludzi do spowiedzi, a to była zawsze trudność największa. Bo i spowiadać trzeba było w tajemnicy – o świcie albo wieczorem. Donosicieli nie brakowało, a potem władze utrudniały życie. Przysłuchiwali się kazaniom, wychwytywali różne momenty słowne, żeby robić z nich księdzu zarzuty. Otrzymałem raz reprymendę za nawoływanie do przestrzegania dziesięciorga przykazań Bożych. Innym razem że mówię «o jakimś Panu Jezusie!» Wszystko w ich pojęciu było złe. Nasyłali milicję z lada powodu. Mniej ich interesowały przestępstwa kryminalne, zabójstwa, kradzieże od tego, co mówi kapłan do ludzi. Naturalnie – na kazaniu! Jednego z księży tak pobili, że został już na całe życie kaleką. Mszę św. musi odprawiać w pozycji siedzącej, bo stać nie może! Zniszczyli młodego świetnego księdza. Lecz z biegiem czasu sytuacja uległa poprawie, aż w końcu zwycięstwo odnieśli Bóg i Kościół.

        Już pod koniec nauki w Seminarium, w czasach Gorbaczowa, zetknąłem się z ks. Darzyckim – o. Martynianem. Długo rozmawialiśmy. Nie zauważyłem w jego słowach próby przyciągania mnie do życia zakonnego. Jednak to, o czym mówił, co mi tłumaczył, zainteresowało mnie ogromnie. Przede wszystkim reguła zakonna. Zwróciłem się wtedy do o. Zenona Turowskiego, mojego kolegi. Obaj przyjechaliśmy do Miastkówki, inaczej Gorodkowki. I znowu rozmowy. Po czym podjęliśmy następną decyzję: zostajemy bernardynami, wstępujemy do Zakonu! O. Martynian polecił nam zachować swoją decyzję w tajemnicy, nie mówić o tym absolutnie nikomu. Nawet rodzicom. Posłuchaliśmy. Jemu więc zawdzięczamy naszą obecną przynależność, która nam bardzo odpowiada i jako bernardyni czujemy się naprawdę dobrze, dziękując Bogu za takie pokierowanie naszym losem. Zawsze będę pamiętał tamte spotkania, budujące rozmowy, ów nowicjat odbywany jednocześnie z nauką. I to tajemnicze uczenie się, tę konspirację. I te konferencje z o. Darzyckim, przeprowadzane w tajemnicy, ciekawe, podnoszące na duchu. Wszystko to wyszło nam na dobre...”

        W szczególny sposób upamiętnił się o. Maksymilianowi Dubrawskiemu dzień, kiedy po raz pierwszy przywdział habit, już po ślubach zakonnych. Było to w Chmielniku, 4 października 1987 r., wieczorem, w święto patrona Zakonu – św. Franciszka. Przy zapalonych świeczkach zaczęto śpiewać. I wtedy 97–letnia staruszka padła na kolana i z płaczem ucałowała habit. Inna, po 30–letnim pobycie w Kazachstanie przepłakała całą Mszę św., tak ją wzruszył widok prawdziwego ornatu i księdza przy ołtarzu. Od czasów dzieciństwa nie była w kościele, nie uczestniczyła ani razu we Mszy św. ani innym nabożeństwie...

        Ciśnie się na pamięć o. Kustoszowi Maksymilianowi Dubrawskiemu, jak po dość niby zakonspirowanym zebraniu w Chmielniku z o. Martynianem i innymi księżmi bardziej znanymi, wskutek czyjegoś donosu wezwano go nazajutrz do KGB. – „Co to za zebranie mieliście wczoraj? Co tu robił ks. Darzycki?” itd. Musiał o. Kustosz tłumaczyć się wymyślonym na prędce argumentem, że była to uroczystość urodzinowa jednego z kolegów, a więc całkiem prywatne spotkanie. Czy uwierzyli? Któż to wie?

        I wreszcie pierwsza wizyta w Polsce. Częstochowa. Pełno księży, zakonników, różnorodność habitów. Tłumy ludzi! – „Poczułem się nagle taki wolny! Wolny i szczęśliwy! Nigdy dotąd nie doznałem takich wzruszeń...” – mówi drżącym głosem o. Maksymilian Dubrawski.

        „... Jak powstała Kustodia? To także widoma Łaska Boża. Było nas już sporo. W większości młodych, niedawno po święceniach. Przyjechało paru Ojców z Polski. Ale żył każdy tak jakoś osobno, daleko od siebie, i w przestrzeni, i psychicznie. Coraz bardziej odczuwaliśmy potrzebę stworzenia jakiejś organizacji, która by skupiła nas, pozwoliła na spotkania, narady, pomoc wzajemną, wzajemne doskonalenie się. Sprawa się przeciągała, ale nie traciliśmy nadziei na szczęśliwe zakończenie. Potem przyjechał do nas o. Prowincjał Andrzej Pabin. Znów rozmowy, odwiedziny poszczególnych parafii, kościołów, kaplic. Znowu nasze postulaty. Odjeżdżając przyrzekł nam, że przedłoży sprawę Generałowi Zakonu. I tak się stało. W dniu 1 czerwca 1993 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej, w Polsce, został uroczyście ogłoszony dekret o powstaniu na Ukrainie Kustodii św. Michała Archanioła. Wielka dla nas radość...!”

        I snuje o. Maksymilian wspomnienia o przebiegu późniejszych spotkań i korzyściach odnoszonych przez całe gremium kapłanów – OO. Bernardynów rozsianych po tym rozległym kraju. Są teraz wspólne dni skupienia, rekolekcje, narady, odwiedziny wzajemne, a to wszystko spaja, łączy, cementuje wspólnotę kustodialną. Mówi o stałych kontaktach z Prowincją w Polsce, o pomocy płynącej stamtąd, głównie tej duchowej, o radach i wskazówkach we wszelkich trudniejszych sytuacjach, tak bardzo potrzebnych w dalekich rejonach Ukrainy i w dzisiejszych nie ustabilizowanych warunkach.

        „... Jak kiedyś nie potrafiłem wyobrazić sobie siebie w roli księdza, tak później zaskoczyło mnie mianowanie na stanowisko kustosza. Nigdy nie spodziewałem się aż takiego zaszczytu, ani nie wierzyłem w możliwość dania sobie rady z obowiązkami, jakie pociąga za sobą ta funkcja. Okazuje się, że z pomocą Bożą i dobrych ludzi wszystko można udźwignąć. I wszyscy dziękujemy Bogu, że mamy własną Kustodię, bo to dla nas naprawdę wielka sprawa! Staram się robić wszystko, by dobrze wywiązać się z przyjętych obowiązków. Liczę na pomoc przyjaciół, przełożonych, a resztę powierzam Bożej Opatrzności”.

        Na pytanie, jak przedstawiają Kościół katolicki masmedia, o. Kustosz Maksymilian Dubrawski oświadcza, iż niewiele na ten temat mówi się i pisze, ale przytacza pewien fakt, jak to pewnego razu telewizja nadała reportaż o trudnym życiu zakonnic, o protestach rodziców wobec córek wyrażających chęć wstąpienia do klasztoru, o konfliktach rodzinnych, wywoływanych tego rodzaju zamiarami młodych. Reportaż miał powstrzymać głównie młodzież żeńską, przed takimi krokami. Efekt był odwrotny: dziewczęta z większym jeszcze zainteresowaniem zwracały się do swych koleżanek w klasztorach: „widziałam was w telewizji, zainteresowałam się bardzo waszym życiem i zdecydowałam się przyjść do was...”. Na co innego liczono, co innego przyniosła rzeczywistość.

        Niewiele różnią się od powyższego życiorysy, doznane przejścia i przeróżne kłopoty innych OO. Bernardynów pracujących na Ukrainie. Droga każdego najeżona była kolcami i wymagała wiele wysiłku do pokonania piętrzących się przed każdym trudności. Znamienny jest przy tym fakt, że tylko rodziny, w których mimo lat udręki utrzymała się wiara, dostarczały kandydatów do Seminariów. Prawie każdy pytany o początek swej drogi do kapłaństwa, zaczyna od rodziny i atmosfery religijnej panującej w domu, mającej zasadniczy wpływ na decyzje młodych chłopców. Głęboka wiara rodziców w Boga przechodziła na dzieci i umacniała się, a potem rozszerzała na całe środowiska. Tak było również w przypadku O. Władysława Szyrokoradiuka, obecnego biskupa pomocniczego w diecezji żytomierskiej.

        „... W moim powołaniu – wspomina ks. biskup – zasadniczą rolę odegrała moja matka. Była pochodzenia polsko–ukraińskiego. Wszyscy w rodzinie byliśmy ochrzczeni i wychowani w wierności Kościołowi. Uczyłem się w szkole technicznej w Równem na Wołyniu, byłem kolejarzem, służyłem w wojsku na Syberii, potem pracowałem w fabryce w Połonnem. Wszędzie towarzyszyła mi wiara w Boga, zaszczepiona przez matkę. W Połonnem poznałem się z księdzem Andrzejem Gładysiewiczem, który przygotował mnie do Seminarium, uczył zarazem języka polskiego. Ale z dostaniem się do Seminarium nie było łatwo. Obowiązywały limity. Z Ukrainy mogło być w Seminarium najwyżej kilka osób. A Seminarium było tylko w Rydze na Łotwie dostępne dla Polaków. W roku 1977 pojechałem tam. Pracowałem rok i jednocześnie uczyłem się języka łotewskiego. Do Seminarium zostałem przyjęty w roku 1979. Uchodziłem za Łotysza: tam pracowałem, tam byłem zameldowany. Po pięciu latach otrzymałem święcenia kapłańskie i skierowanie do pracy w Połonnem. Dziesięć lat spędziłem w tej miejscowości jako kapłan i proboszcz. Główne w tym czasie zajęcie – to budowa kościoła i budowa wiary w tamtejszej społeczności. W parafii mieliśmy 3 tysiące katolików. W ciągu lat mego tam pobytu powstało w okolicy 30 nowych parafii, co znacznie ożywiło życie religijne.

        A zostanie Bernardynem? To przede wszystkim zasługa o. Martyniana. On był naszym patriarchą, od jego nauk, od rozmów z nim wszystko się zaczynało. Był dla nas wzorem i przykładem prawdziwego zakonnika. Poważną też rolę w ogólnym życiu naszego Zakonu odegrali i inni Ojcowie, dzięki którym konsolidowało się nasze życie zakonne, nabierało prężności, intensywności. Mógłbym tu wymienić o. Maksymiliana Dubrawskiego, o. Alberta Turowskiego i innych. Dzięki nim mogliśmy się zbierać, organizować dni skupienia, a to z kolei wywołało wyraźną potrzebę posiadania tu, na Ukrainie, własnej Kustodii. I tak się dzięki Bogu stało...”.

        Dalej opowiada ks. biskup o warunkach pracy w parafiach, o powstawaniu coraz to nowych placówek, o powołaniach, budowie nowych świątyń itd. Zapytany o ogólną sytuację Kościoła na Ukrainie – w diecezjach żytomierskiej, kamienieckiej i lwowskiej – odpowiada:

        „...Ogólnie rzecz biorąc Kościół katolicki cieszy się dużą swobodą. Dzisiejsza rzeczywistość jest tego dowodem (rozmowa odbywała się w Szarogrodzie w dniu 2 maja 1995 roku w czasie jubileuszu 400–lecia istnienia tam świątyni wzniesionej przez polskiego hetmana i kanclerza Jana Zamojskiego). Widział pan te tłumy uczestniczące w Drodze Krzyżowej na terenie miasta? Wypełniony kościół? Rozśpiewanie młodzieży? Kiedy porównamy czasy obecne do tamtych niedawnych przecież lat, gdy ludzie musieli modlić się na schodach kościołów, bo wejść do środka nie mieli prawa, spostrzeżemy najlepiej, ile się tu zmieniło. Gdzie jest dużo wierzących, tam i władze administracyjne oraz rządowe idą na rękę. Gdzie są jeszcze mocni komuniści, tam i sytuacja Kościoła jest znacznie trudniejsza. W rękach zatwardziałych zwolenników dawnego systemu jest jeszcze wiele naszych świątyń. Nie tracimy jednak nadziei na ich odzyskanie. Naród mądrzeje, zmienia się na lepsze, poznaje wartości wypływające z nowego stylu życia. To widać wszędzie. Dlatego i sytuacja kościoła będzie ulegała dalszej poprawie.

        A młodzież? Nie jest jeszcze najlepiej. Do szkół nie możemy wchodzić i prowadzić tam katechezy. Nauka wiary odbywa się w specjalnych pomieszczeniach: w domach parafialnych, w kościołach, ale najważniejsze, że się odbywa. Powołań kapłańskich i zakonnych jest dużo. Perspektywa na przyszłość – obiecująca...

        Czy myślimy o własnej Prowincji? Owszem, ale to jeszcze nie dziś. To daleka przyszłość. Na pewno kiedyś powstaną warunki, pozwalające nawiązać do dawnych XVII–wiecznych tradycji. Wszystko na to wskazuje, że stanie się to koniecznością, jak koniecznością była Kustodia. Zakon nasz rozwija się pomyślnie z roku na rok...”

        Podobnego zdania jest też biskup Ordynariusz, ks. Jan Purwiński. Na pytanie, co uważa za najbardziej wartościowe w życiu diecezji, a co utrudnia pracę, co niepokoi, odpowiada:

        „... Cieszą coraz pełniejsze w czasie nabożeństw kościoły. Cieszą powstające stale nowe parafie. Cieszy wreszcie powiększająca się ciągle liczba księży, diecezjalnych i zakonnych, na tym terenie. No i liczba powołań kapłańskich – też ciągle rosnąca. Sprzyja rozwojowi Kościoła wolność, możliwość podejmowania różnych inicjatyw, urządzania takich pięknych i potrzebnych uroczystości, jak ta tutaj. Tu, w Szarogrodzie. Nadzieją napełniają szeregi młodzieży, uczestniczące w nabożeństwach, czy mające dziś otrzymać Sakrament bierzmowania. A niepokoje? Owszem, są. Obok trudności materialnych, które szczególnie dają się odczuć przy budowie nowych i remoncie starych kościołów, mamy jeszcze trudności w odzyskiwaniu świątyń, klasztorów. Są kłopoty z katechezą, bo ciągle brakuje księży lub przygotowanych do pełnienia tej funkcji świeckich. Męczące są nieustające dojazdy księży do odległych parafii i kaplic. Nasi księża, zakonnicy, nadal całe niedziele spędzają w podróżach. Od miejscowości do miejscowości. Wszędzie ludzie chcą wysłuchać Mszy św. i w nich uczestniczyć, a duchownych ciągle brakuje. Niepokoi nieustanne łamanie przykazań, a więc kradzieże, rozboje, nadużycia. I nieważne, że dzieje się to w kręgach bezbożniczych. Nigdzie nie powinno się to dziać. Ale mimo wszystko wiara zatacza coraz szersze kręgi i ten fakt napawa optymizmem. Wszystkim przecież kieruje Pan Bóg i Jemu należy zaufać. Miejmy nadzieję, że ostateczne zwycięstwo będzie należało do Dobra i Kościoła...”.

        Aby w pełni udokumentować zarówno istotę minionych czasów, niełatwą drogę do własnej Kustodii, ukazać zgodność ocen i opinii księży, a także przedstawić w wielkim skrócie sytuację obecną, kiedy tworzy się i pomyślnie rozwija życie zakonne w diecezjach Ukrainy, warto jeszcze przytoczyć niektóre wypowiedzi OO. Bernardynów tam pracujących.

        Mówi o. Albert Turowski, proboszcz w Szarogrodzie.

        „... Trudne były te przeszłe lata, trudne i tragiczne. Prześladowania wierzących, niszczenie wszystkich świętości, straszenie, niedopuszczanie do nauki w Seminariach. Przetrwaliśmy jednak wszystko. I wszystko przezwyciężyliśmy. Jakoś tak Bóg dodawał sił i odwagi, że bywało – trudności nas po prostu mobilizowały do gorliwszej pracy.

        A dziś? Od dwóch lat mamy już własną Kustodię. Kto wie, może będzie i Prowincja? Może będziemy mieli w przyszłości własne Seminarium Duchowne? Tu, w naszej diecezji. Bardzo potrzebne. Nauczyliśmy się już radzić sobie w różnych warunkach. Kiedy cudem Bożym nastąpiła wolność, zaczęliśmy wykorzystywać wszelkie dostępne środki, aby tylko ożywić i rozprzestrzeniać wiarę. Zachodziliśmy do szkół, staraliśmy się o książki, video. Zaczęły nas zapraszać różne organizacje, instytucje, stowarzyszenia na pogadanki o religii, o wierze, bo przecież przez tyle lat nikt oficjalnie Słowa Bożego nie głosił, ani nie słuchał, poza kościołem. Wprost przeciwnie – starano się usunąć je całkowicie z myśli i z życia. Za każde nieopatrzne słowo na kazaniu pociągano do odpowiedzialności. Ksiądz musiał być jedynie urzędnikiem, nie duszpasterzem. O jakichkolwiek rozmowach z dziećmi i zachęcaniu ich do przychodzenia na nabożeństwa nawet mowy nie było. Cieszymy się więc, że tak inaczej, po Bożemu, płynie teraz życie.

        Kłopoty? Gdzie ich nie ma? Przede wszystkim jest nas, księży, za mało. Nie jesteśmy w stanie obsłużyć należycie wszystkich naszych parafian. Wszędzie kapłani na to się uskarżają. My tu w Szarogrodzie też. Ale i ta sytuacja na pewno się poprawi.

        Co do władz, to są w stosunku do nas bardzo w porządku: życzliwe, kulturalne. Pomagają nam w zdobywaniu materiałów budowlanych i w różnych innych potrzebach. Rozmawiają z nami przyjaźnie, czasem prawie serdecznie. I z Cerkwią żyjemy zgodnie. Przez 12 lat mojego tu pobytu starałem się nie dzielić ludzi według narodowości. Wszystkich uważałem, że są dziećmi Bożymi. Byłem przekonany, że powinniśmy wszędzie siać tylko miłość, przebaczenie, wzajemne zrozumienie. Oni, tj. prawosławni, często potrzebują naszych posług, a zdarza się, że i my ich. Wczoraj, 1 maja 1995 r., tutejsza cerkiew obchodziła jubileusz 200–lecia istnienia. I 200 lat Szarogrodzkiej Prawosławnej Diecezji. Obchodziliśmy to święto wspólnie. Zaproszono mnie i razem modliliśmy się o dalszą pomyślność. To też zapowiada dobrą przyszłość...”

        Tegoroczne pierwsze dni maja 1995 r. to również jubileusz szarogrodzkiego kościoła pw. Św. Floriana. Jak już wspomniano, 400 lat temu hetman Jan Zamojski wybudował tamtejszą świątynię. Portret fundatora do dziś zdobi ścianę zakrystii. Jakimś cudem ocalał z rewolucyjnych pogromów. Z okazji owego jubileuszu odbyły się w Szarogrodzie wielkie uroczystości, połączone ze zjazdem całej chyba Kustodii. Byli biskupi: Jan Purwiński i Władysław Szyrokoradiuk, byli przedstawiciele innych zakonów i księża świeccy. Imponująco przebiegała Droga Krzyżowa: pochód ciągnął ulicami miasta (około 4 km). Młodzież niosła na ramionach ogromny drewniany krzyż, a po zakończeniu ustawiono ów Znak Męki Pańskiej na placu kościelnym. Będzie to pamiątka uroczystości.

        O. Jan Duklan Pawluk z Czeczelnika przygotowywał się do stanu kapłańskiego także w warunkach konspiracyjnych. Nazywa je “nauką w podziemiu”. Uczył go w tajemnicy przed władzami, a nawet przed znajomymi, krewnymi, rodziną ks. Jan Olszański, obecny biskup Ordynariusz Kamieniecki. Przeprowadzał z nim rozmowy o. Martynian Darzycki, (wreszcie udało się umieścić niezbyt już młodego chłopca, bo liczącego 28 lat, w Seminarium w Rydze). Z nauki u ks. Olszańskiego młody seminarzysta znał już ogólnie zagadnienia etyki, teologii, prawa kanonicznego. Z uznaniem wspomina owe lekcje: otrzymywał do nauczenia się określony rozdział np. teologii i przychodził po pewnym czasie na egzamin. Jeśli egzaminator uznał stopień opanowania wyznaczonego materiału za wystarczający, zadawał nowy, jeśli nie – wyznaczał następny termin. A wszystko to odbywało się w atmosferze przyjaźni, serdeczności, zrozumienia. Cały okres nauki o. Duklana wraz z pobytem w Seminarium trwał 8 lat. W roku 1988 otrzymał święcenia kapłańskie w Kalwarii Zebrzydowskiej z rąk Kardynała Franciszka Macharskiego. Wcześniej na diakona został wyświęcony na Litwie w warunkach konspiracyjnych w domu prywatnym w jakimś miasteczku, którego nazwy już nie pamięta. Od 1990 roku, tj. od chwili oddania przez władze administracyjne kościoła w Czeczelniku, został tam proboszczem i wspólnie z o. Dominikiem Hubczakiewiczem prowadzą parafię. W ciągu tego czasu utworzono w bliższej i dalszej okolicy 8 placówek, w których odprawiają nabożeństwa, między innymi w Humaniu w województwie czerkaskim, w Tepliku, wybudowali kościół w miejscowości Stratijówka. Podobnie jak inni, i o. Duklan wyraża zadowolenie z powstania Kustodii, mającej poważne znaczenie dla efektywności codziennej pracy. Poza tym Kustodia podniosła autorytet Zakonu OO. Bernardynów na terenie Ukrainy. To doniosła rzecz i w rozwoju Kościoła i poszczególnych parafii.

        W lipcu 1994 roku rozpoczęto w Czeczelniku budowę klasztoru. Stan surowy jest już na ukończeniu. Również poważnie zaawansowany jest remont i odnawianie kościoła. Z Bożą pomocą uda się może przywrócić temu miejscu dawne znaczenie. Może znowu sanktuarium czeczelnickie stanie się celem pielgrzymek do cudownego obrazu Matki Bożej, odnowionego w Polsce i poświęconego przez Ojca św. Jana Pawła II. Ludność jest tu bardzo religijna i garnie się do swej świątyni. Do tegorocznej spowiedzi wielkanocnej przystąpiło ponad 800 osób, głównie Polaków, ale i Ukraińcy coraz liczniej przyłączają się do wspólnoty parafialnej. Mimo 40 lat prześladowań – tyle bowiem czasu upłynęło od chwili zamknięcia kościoła – okazało się, że bardzo wielu zachowało wiarę i nie uległo bezbożnictwu.

        „... Czasem trudno mi uwierzyć, iż wszystko tak dalece się zmieniło. Tak jeszcze niedawno, kiedy przyjeżdżałem do biskupa, pytano mnie, czy nikt mnie nie widział? Trzeba było ciągle mieć się na baczności. Ostatnie trzy kilometry chodziłem ścieżkami, przez pola, omijałem drogi, przystanki, gdzie zawsze ktoś mógł stać. Musiałem kluczyć, aby ujść wzroku śledzących. Zachodziłem do domu ks. Jana Olszańskiego, późniejszego biskupa od strony ogrodów, przez cmentarz... Cóż? Zwykłe kontakty między wierzącymi, a zwłaszcza z duchownymi – były zabronione! Kiedyś uczyłem się łaciny u pewnego doktora. Gdy wchodziłem do jego mieszkania, padały nieodmiennie pytania: «Nikt nie szedł za tobą? Nikt cię nie śledził?». Duchownym chodziło głównie o wiernych: jak zabiorą księdza, to trudno. Przygotowany jest na takie przypadki. Ale parafia pozostanie bez kapłana. Ludzie się zaraz niepokoją, powstaje poruszenie, różne domysły... W konsekwencji mogą nastąpić aresztowania... I oto zawalił się nagle cały system, który uważał się za niezwyciężony! Prowadzili wojnę z Bogiem i, naiwni, chcieli wygrać...!”

        W taki to sposób i w takich warunkach powstawała i rozpoczynała pracę Kustodia św. Michała Archanioła na Ukrainie. Jej początki oraz potrzebę istnienia wspominają wszyscy niemal rozmówcy – OO. Bernardyni i mówią o niej z prawdziwą radością i dumą. Oni to – dzisiejsi kapłani–zakonnicy sprawili, że odżyła na nowo wielowiekowa tradycja, przerwana brutalnie przez falę komunistycznego bezbożnictwa, stali się twórcami Zgromadzenia, nawiązującego do tej pierwszej Kustodii lwowskiej OO. Bernardynów, istniejącej tam już od roku 1518 (Kazimierz Żuchowski OFM, Powstanie Kustodii Św. Michała Archanioła. (Maszynopis w posiadaniu Archiwum Prowincji OO. Bernardynów w Krakowie), która po upływie wieku zamieniła się w Prowincję Ruską, obok utworzonych wtedy (1628 r.) Prowincji Wielkopolskiej, Małopolskiej i Litewskiej (j.w.).

        Erygowanie Kustodii św. Michała Archanioła na Ukrainie z siedzibą w Żytomierzu, dekretem ministra generalnego o. Hermana Schalück'a z dnia 23 marca 1993 roku poprzedziła niestrudzona działalność wielu Ojców, ale przede wszystkim o. Martyniana Darzyckiego, a także życzliwe poparcie i długie zabiegi ówczesnego Prowincjała – o. Andrzeja Pabina. Wieloletnie marzenia OO. Bernardynów na Ukrainie, tych starszych z o. Martynianem na czele, i reprezentantów młodszego pokolenia, urodzonych tam i tam wychowanych, stały się wreszcie rzeczywistością. Wszyscy Ojcowie uważają zgodnie ów fakt również za dowód szczególnej Łaski Bożej, której doznawali wielokrotnie w swym trudnym życiu w warunkach wojującego bolszewizmu. Tego zdania jest i wspomniany wyżej pierwszy Kustosz nowo powstałej Kustodii – o. Maksymilian Dubrawski, zatwierdzony przez Wizytatora Generalnego i przewodniczącego pierwszej kapituły, o. Jana Kapistrana Martzalla. Ta pierwsza, historyczna już, kapituła odbyła się w Szarogrodzie w dniach 15 – 17 czerwca 1993 roku. Do pierwszej rady Kustodii, powołanej wtedy, weszli Ojcowie: Albert Turowski, Władysław Szyrokoradiuk, Jan Duklan Pawluk i Elizeusz Hryńko (j.w.).

        W chwili erygowania Kustodia posiadała 7 domów zakonnych, miała 42 braci – 24 profesów uroczystych, 13 profesów symplicznych, i nowicjusza i 4 postulantów. Obecnie liczby te zwiększyły się i niewątpliwie będą ulegały dalszym korzystnym zmianom.

        OO. Bernardyni, wchodzący w skład Kustodii Św. Michała Archanioła, pracują dziś nie tylko na Ukrainie. Ich placówki znajdują się również daleko poza granicami tego państwa: w Gruzji, w Sankt Petersburgu. Niektórzy odbywają studia w Rzymie (o. Herkulan Malczuk i o. Szymon Szyrokoradiuk) (j.w.).

        Na zakończenie jeszcze jedna uwaga: we wszystkich kościołach – i tych zarządzanych przez księży diecezjalnych, i tych, w których proboszczami są zakonnicy – nabożeństwa odbywają w języku polskim. Ewangelię czyta się po polsku i po ukraińsku, podobnie lekcje. Kazania głoszone są różnie: po polsku, po ukraińsku, czasem w języku, w którym wyrazy polskie przeplatają się z ukraińskimi czy rosyjskimi. Rozbrzmiewają też w kościołach śpiewy polskich pieśni religijnych, często także tłumaczonych na język ukraiński, co stwarza szczególnie ciekawe wrażenie, a Polakom przybywającym tam z kraju, pozwala łatwiej zrozumieć i poznać tamtejszy język. Uczestniczący w nabożeństwach rodowici Ukraińcy, jak twierdzą tamtejsi duchowni, przyjmują owe fakty – język polski, polskie pieśni religijne – jako rzecz naturalną, nie budzącą niczyjego sprzeciwu ani zdziwienia. Natomiast Polakom–autochtonom wszystko to przynosi satysfakcję i zadowolenie i skłania niejednego do bardziej intensywnej nauki zapomnianego już często języka ojczystego.

w: Leon Karłowicz, „Ciernista droga, Życie i działalność o. Martyniana Darzyckiego OFM na Ukrainie, więźnia Kołymy", Kraków 1997, s. 106-124

Dobra myśl
Pragniemy oczyma duszy wpatrywać się w oczy miłosiernego Jezusa, aby w głębi Jego spojrzenia znaleźć oblicze własnego życia. (św. Jan Paweł II)
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Upload/Download
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

27/06/2014 19:26
W dniu dzisiejszym maturzyści odebrali świadectwa dojrzałości, a dzieci i młodzież rozpoczęła upragniony czas wakacji. Życzymy Wam zasłużonego odpoczynku i miłych wakacji! Smile

19/06/2014 11:27
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki - Chrystus zapewnia nas, że sam siebie nam ofiaruje, abyśmy mieli życie dzięki Niemu Smile

15/06/2014 10:03
Bóg zapłać za wspólną modlitwę podczas nocy czuwania w intencji powołań. Z darem modlitwy x. Robert Smile

30/05/2014 09:19
Dziewięć dni przed zesłaniem, prośmy Ducha Bożego, o Jego dary, moc i światło na każdy dzień! Smile

16/05/2014 10:48
Trwa Tydzień Modlitw Powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego (11-17.05.2014). Prosimy Was o dar modlitwy za nas - powołanych i za młodych stających przed wyborem drogi życiowej. Wink