Portal Duszpasterstwa Powołań OO. Bernardynów
Licznik
Do dni skupienia

w klasztorze w Leżajsku
Ankieta
Jakie odkrywasz (bądź już realizujesz) swoje życiowe powołanie?

W małżeństwie/rodzinie

W życiu zakonnym

w życiu zakonnym i kapłańskim

w życiu kapłańskim

W stanie wolnym

Jeszcze nie wiem

06. Pierwsze dni w kraju
Z życia i działalności o. Martyniana Darzyckiego na Ukrainie

Nie ulega wątpliwości, że najchętniej udałby się niedawny łagiernik wprost do swych dawnych parafian w okolice Żytomierza. Był przekonany, że tam go oczekiwano, że swoim przybyciem sprawiłby tamtejszym ludziom prawdziwą radość. Cóż, kiedy nie wolno mu było tam wracać. Na pobyt w swej parafii, gdzie został aresztowany, musiałby otrzymać specjalne zezwolenie, a takowych nie wydawano łatwo, szczególnie byłym więźniom, “wrogom klasowym”. W tej sytuacji o. Martynian wybrał jako pierwszy punkt zatrzymania się na dawnych ziemiach polskich - Wilno.

Przyjechawszy do tego miasta, bliżej Ojcu nieznanego, udał się przede wszystkim do Ostrej Bramy, by podziękować Matce Bożej za opiekę, za przeżycie obozu zagłady i szczęśliwy powrót w ojczyste strony. Modlitwa dziękczynna do Matki Boskiej Ostrobramskiej była bowiem głównym i jedynym powodem przyjazdu Ojca do tego grodu. Podziękowawszy więc za tyle otrzymanych łask wyszedł o. Martynian na ulice miasta, by zobaczyć wileńskie kościoły, których dotąd nie miał okazji oglądać.

Pierwszy, który napotkał na swej drodze, był kościół p.w. Św. Kazimierza. Niestety, nieczynny. Ujrzawszy wieże kościoła Świętego Ducha skierował tam swoje kroki. Ten na szczęście był otwarty. Po odwiedzeniu świątyni i modlitwie postanowił wrócić na dworzec kolejowy, kupić bilet i pojechać na Ukrainę, konkretnie - do Lwowa.

Wracając zastanawiał się ze smutkiem, iż w tak dużym mieście jak Wilno nie ma nikogo bliskiego, u kogo mógłby zatrzymać się, porozmawiać, odpocząć. I wtedy, zupełnie niespodziewanie, przebiegła mu przez głowę myśl, że przecież jest tu ktoś, kto jeszcze w roku 1947 przyjechał do Wilna z Odessy i zaraz przysłał do łagru wiadomość wraz z paczką i informacją o swym adresie. Ale w ciągu tylu lat zarówno nazwisko jak i numer domu uleciały Ojcu z pamięci. Pozostała jedynie nazwa ulicy: niegdyś Szklana, dziś “Stikliu”. Zapytał więc pierwszą przechodzącą kobietę. Ta nie znając dokładnie owej ulicy, zatrzymała inną przechodzącą obok, swoją znajomą. Okazało się, że znajdowali się akurat na niej. Nad głową Ojca widniał wyraźny napis, którego wcześniej nie zauważył.

    - A który numer potrzebny? - zapytała kobieta.

O. Martynian nie znając poszukiwanego numeru wymienił pierwszy z brzegu: “6”.

    - Nie, takiego tu nie ma - odrzekła kobieta. - Może być albo 7. Ot, tu jest 7 - wskazała.

I znowu, o dziwo - był to akurat dom owych znajomych z Odessy.

Właściciel wskazanego mieszkania okazał się wprawdzie kimś innym, ale w jego domu przebywały lokatorki, których Ojciec poszukiwał. Na powitanie wyszła żona gospodarza. Spojrzała uważnie na przybyłego. Widać było, że nie kojarzy go sobie z żadnym ze swoich znajomych. Zaprosiła jednak podróżnego do mieszkania i poprosiła, by spoczął. Okazało się, że pochodzi z Odessy. Na pytanie Ojca, jak nazywał się ostatni tamtejszy proboszcz, odpowiedziała: “Ksiądz Darzycki!”. A czy wie, gdzie on teraz przebywa i co się z nim dzieje? “Nie ma go, jest na zesłaniu” - odpowiedziała nieco cichszym głosem. Znać było, że jest zaskoczona pytaniem o księdza. “To on stoi przed panią” - uśmiechnął się gość. Nie była przekonana. Podała przybyszowi poczęstunek i wyszła z domu. Ojciec został sam.

“Rozpłakałem się, rozczuliłem, nie mogłem początkowo jeść z nadmiaru wzruszenia” - powie później ojciec Martynian (Wojciech). “Byłem nareszcie znowu wśród swoich, Polaków, mówiących moim ojczystym językiem! Radość ściskała gardło. Czyż mogłem oczekiwać większej radości...?”

Tymczasem przybyła jedna z lokatorek. Też nie potrafiła znaleźć w przybyłym rysów dobrze przecież znanego odeskiego proboszcza. Te same niby koronki na zębach, bardzo podobny głos, uśmiech, ale...? O. Martynian był przekonany, że go mimo wszystko rozpoznały. One tymczasem nie miały pewności, że mają przed sobą swojego byłego proboszcza.

Ojciec Martynian nie zdawał sobie sprawy z tego, że go naprawdę nie rozpoznano. Czuł się jak wśród swoich, bliskich sobie osób. Pojechał wkrótce na dworzec, przywiózł pozostawioną tam walizkę, udał się do łaźni miejskiej, wziął kąpiel i zachował się całkiem swobodnie, jak między przyjaciółmi.

Lecz po powrocie z łaźni zastał w domu właściciela mieszkania. Uderzyło Ojca, że atmosfera wcześniej swobodna, zmieniła się na gorsze. Znajome kobiety stały się dziwnie małomówne, jedynie gospodarz porozmawiał z Ojcem jakiś czas i wszyscy udali się na spoczynek.

Następnego dnia z rana znajome panie pojechały z Ojcem do pobliskich Taboryszek, do ks. Piotra Wieliczko. Ksiądz przyjął przybyłego niby gościnnie, przenocował, ale rano oświadczył, że chciałby obejrzeć dokument Ojca, stwierdzający jego stan kapłański. Ponieważ o. Martynian ze zrozumiałych względów takowego nie posiadał, ks. Wieliczko orzekł krótko: “ksiądz bez dokumentów - to nie ksiądz”.

Cóż miał począć biedny zakonnik, aby udowodnić swoją tożsamość? Postanowił pojechać do Sambora, gdzie spodziewał się zastać jeszcze dawnego zakonnika - bernardyna o. Jacka Bobra. Ten wystawi mu odpowiednie zaświadczenie. Ruszył więc bezzwłocznie w drogę. W odległości pięciu kilometrów był przystanek autobusowy. Dotarł tam Ojciec pieszo, wsiadł do pojazdu i po kilku przesiadkach, bez większych przygód dojechał szczęśliwie do odległego miasta.

O. Jacek był na miejscu. Pozostawał tam do 1956 roku. Bez wahania napisał wymagane oświadczenie, opatrzył je parafialną pieczęcią i wręczył przyjacielowi. Teraz już wszystko było uwidocznione wyraźnie, jak się to mówi - czarno na białym, że Wojciech Darzycki jest księdzem, że święcenia otrzymał we Lwowie, kiedy, od kogo, gdzie odbywał pierwsze kapłańskie posługi itd. Z tym dokumentem udał się o. Martynian z powrotem na Litwę do tamtejszego biskupa i otrzymał od niego w oparciu o przywieziony dokument już oficjalne, urzędowe zaświadczenie o swym kapłańskim stanie. Zachowuje je Ojciec do dnia dzisiejszego jako cenną pamiątkę owych trudnych lat. Mógł teraz spokojnie rozpocząć dalszą pracę duszpasterską, choć w bardzo ograniczonym zakresie. Uzyskał mianowicie zezwolenie władz na odprawianie Mszy św., lecz tylko przy drzwiach zamkniętych, w dodatku za każdorazową zgodą odnośnego proboszcza. Ale na początek i za to dziękował Bogu i czuł się zadowolony. Był wszakże na wolności, znowu miał prawo sprawować Przenajświętszą Ofiarę i wierzył niezbicie w nadejście lepszych czasów.

I teraz dopiero wyjaśniło się wszystko, co zdarzyło się po przyjeździe do Wilna. Okazało się, że znajome kobiety do końca nie rozpoznały Ojca i dlatego zawiozły go do Taboryszek w nadziei, że tamtejszy ksiądz zdoła wyjaśnić sytuację. Lecz ten także nie dowierzał przybyłemu. Podczas późniejszych swobodnych rozmów wychodziły na jaw wszelkie nieporozumienia wileńskie. Oto gdy Ojciec przyniósł z przechowalni ze stacji walizkę i panie zobaczyły w niej czysto upraną i starannie ułożoną bieliznę, straciły zaufanie do gościa. Z takim ekwipunkiem nie wraca się z łagrów! Nie pomógł nawet fakt rozpoznania przez księdza dawnej kucharki z odeskiej plebanii. Tak, pracowała tam, nie wypiera się tego, ale nie potrafi rozpoznać w gościu księdza Darzyckiego. A gdy na domiar złego gospodarz skarcił kobiety, że jakiegoś może włóczęgę, podszywającego się pod duchownego, chcą uznać za znajomego proboszcza, sytuacja stała się, mówiąc delikatnie, nieprzyjemna. “Pewnie chce od was wyłudzić pieniądze!”- strofował gospodarz “łatwowierne baby”, jak je gniewnie określał. A w czasie gdy o. Martynian był w łaźni, gospodarz domu i pozostałe lokatorki uznali go za niewątpliwie kogoś podejrzanego, kto wie, czy nie prowokatora? Dlatego atmosfera w mieszkaniu stała się tak urzędowa, sztywna, niemiła. Nieco spokoju wprowadziło pokazanie albumu ze zdjęciami z dawnych lat. Rozpoznano nawet na jednym z nich konia “Orlika” o. Martyniana (Wojciecha) Darzyckiego i siedzącego na nim właściciela, lecz mimo wszystko chłód i nieufność pozostały. Tak to warunki łagrowe zmieniły rysy twarzy Ojca, a system komunistyczny sprawił, że nie wierzono nikomu obcemu.

Również dlatego pojechano z Ojcem do Taboryszek. Może ks. Wieliczko wyjaśni sprawę. Ten oficjalnie okazał gościnność, lecz gdy nadeszła noc, ułożył nieznajomego na wersalce w kancelarii, a sam zamknąwszy się na klucz w sypialni trzymał obok siebie siekierę, by mieć w razie napadu czym się bronić. Opowiedział o tym epizodzie, gdy już wszystko stało się jasne.

Dziś o. Martynian opowiada o tych zdarzeniach z humorem, raz po raz śmieje się serdecznie ze swych niecodziennych przygód i przesadnej ostrożności ówczesnych ludzi. Wszystko to wygląda rzeczywiście wesoło i zabawnie, ale po głębokim zastanowieniu się wesołość znika, a jej miejsce zajmuje smutna refleksja: jak trudny był żywot ludzi w kraju o rządach policyjnych, w systemie opartym wyłącznie na przemocy. Jak trudno było zdobyć ludzkie zaufanie, przekonać innych, że jest się zwyczajnym, uczciwym człowiekiem i nie nosi się wobec nikogo złych, podstępnych zamiarów.

Wspomniano już, że lata katorgi zmieniły niewątpliwie młodego, energicznego i wesołego niegdyś zakonnika. Musiał teraz, po powrocie z Kołymy wyglądać inaczej niż tamten sprzed siedmiu laty odesski proboszcz. W drodze z łagru współpodróżni na pytanie o wiek, dawali mu około 50 lat, podczas gdy naprawdę liczył sobie zaledwie 35. Nic więc dziwnego, że w Wilnie dawni znajomi nie mogli dopatrzeć się dawnych rysów i dawnego wyrazu twarzy w nie starym przecież księdzu - bernardynie.

w: Leon Karłowicz, „Ciernista droga. Życie i działalność o. Martyniana Darzyckiego OFM na Ukrainie, więźnia Kołymy”, Kraków 1997, s. 56-60

Dobra myśl
Pragniemy oczyma duszy wpatrywać się w oczy miłosiernego Jezusa, aby w głębi Jego spojrzenia znaleźć oblicze własnego życia. (św. Jan Paweł II)
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Upload/Download
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

27/06/2014 19:26
W dniu dzisiejszym maturzyści odebrali świadectwa dojrzałości, a dzieci i młodzież rozpoczęła upragniony czas wakacji. Życzymy Wam zasłużonego odpoczynku i miłych wakacji! Smile

19/06/2014 11:27
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki - Chrystus zapewnia nas, że sam siebie nam ofiaruje, abyśmy mieli życie dzięki Niemu Smile

15/06/2014 10:03
Bóg zapłać za wspólną modlitwę podczas nocy czuwania w intencji powołań. Z darem modlitwy x. Robert Smile

30/05/2014 09:19
Dziewięć dni przed zesłaniem, prośmy Ducha Bożego, o Jego dary, moc i światło na każdy dzień! Smile

16/05/2014 10:48
Trwa Tydzień Modlitw Powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego (11-17.05.2014). Prosimy Was o dar modlitwy za nas - powołanych i za młodych stających przed wyborem drogi życiowej. Wink