Portal Duszpasterstwa Powołań OO. Bernardynów
Licznik
Do dni skupienia

w klasztorze w Leżajsku
Ankieta
Jakie odkrywasz (bądź już realizujesz) swoje życiowe powołanie?

W małżeństwie/rodzinie

W życiu zakonnym

w życiu zakonnym i kapłańskim

w życiu kapłańskim

W stanie wolnym

Jeszcze nie wiem

04. Na zesłaniu
Z życia i działalności o. Martyniana Darzyckiego na Ukrainie

Do końca lipca 1946 roku toczyło się śledztwo: ciężkie, wyczerpujące. Zarzuty miały charakter wyłącznie polityczny: zdrada ojczyzny, a także przynależność do Armii Krajowej. 31 lipca tegoż roku odbył się proces. Wyrok opiewał na 8 lat zesłania do łagrów. W uzasadnieniu kary wymieniano także działalność religijną – uznaną za wywrotową, a więc zakładanie kółek różańcowych, co traktowano jako zbiorową agitację religijną. Znalezione przy Ojcu „Dziady” A. Mickiewicza uznane zostały za literaturę antyradziecką. W październiku o. Martynian jechał już na Daleki Wschód odbywać karę za nie popełnione winy.

Trzynaście tysięcy kilometrów przebył młody zakonnik, zanim znalazł się w miejscu katorgi. Tygodniami, o głodzie, chłodzie i dręczącym pragnieniu, w zwykłych „bydlęcych” wagonach, wraz z setkami towarzyszy niedoli coraz bardziej oddalał się od swej Ojczyzny, od bliskich, przyjaciół, od umiłowanej pracy duszpasterskiej. Niosły go koła rozpędzonego pociągu w nieznany, groźny świat.

Co przyniesie jutrzejszy dzień? Gdzie w końcu wyląduje i co go tam czeka? Na te dręczące pytania nie znajdował odpowiedzi. O tym decydował wydany wyrok, a teraz egzekwowała go obsługa pojazdu. Ale o. Martynian wierzył także mocno, że ostateczna decyzja należeć będzie, jak zwykle, do Stwórcy i stanie się tak, jak On zechce. Poddawał się więc spokojnie Jego woli i z determinacją czekał końca męczącej podróży.

Kiedy wreszcie zesłańcy znaleźli się na wybrzeżu morza Japońskiego, przeładowano wszystkich na statek – „parochod Majakowskij” – i rozpoczął się nowy etap drogi. Lecz i ten nie należał do miłych. Kilkudniowy silny sztorm na morzu Ochockim szczególnie mocno dał się we znaki wycieńczonym organizmom. Wspomina o. Martynian, że gdy pewnego razu uprosił strażnika o zezwolenie i znalazł się niespodziewanie na górnym pokładzie, ujrzał wśród straszliwego ryku wód rzecz nieprawdopodobną: odnosił nieodparte wrażenie, że statek płynie równo, poziomo, zaś morze w kształcie olbrzymich gór wodnych to unosi się pionowo w górę ku zenitowi a niebo z chmurami stacza się gwałtownie w dół, to znów po krótkim dziwnym zawirowaniu sytuacja odwraca się, tylko z przeciwnej strony. W dodatku raz po raz fale zalewają zupełnie pokład, zmywają wszystko z jego powierzchni i pozostają tylko kilkucentymetrową warstwą na podłodze, aż do następnego przechyłu okrętu. Wtedy na krótko woda spływa, aby niebawem powtórzyło się wszystko od początku. O. Martynian był przekonany, że za chwilę i z nim stanie się to samo: poniosą go spiętrzone fale w niezmierzoną, rozhuśtaną topiel i nikt nawet nie zauważy jego zniknięcia. Na szczęście zdążył schronić się pod pokład, gdzie mimo braku świeżego powietrza na pół żywi „pasażerowie” nie widzieli przynajmniej straszliwego, nieujarzmionego żywiołu. Zawołał tylko w stronę zasępionych wygnańców, by się modlili, bo statkowi grozi w każdej chwili zatonięcie i zaintonował z cicha pieśń do Matki Boskiej. To go nieco uspokoiło, przypomniało o sile wyższej, czuwającej na pewno nad gromadą nieszczęśliwców.

W takich to warunkach i okolicznościach, najpierw jadąc przez miesiąc przez olbrzymi ląd azjatycki, potem przez dalekie wody wschodnie w pobliżu Sachalinu, dotarł o. Martynian po dziesięciu dniach wyczerpującej morskiej podróży na półwysep Kołymski do Magadanu, hen, pod Kamczatką, w rejon gór Kołymskich do „archipelagu Gułag”, sławetnego miejsca, gdzie tysiące jemu podobnych od długich już lat znajdowały śmierć, poprzedzoną nadludzkimi cierpieniami i trudnymi do opisania warunkami egzystencji. I wszystko to w połowie XX wieku! Wieku niezwykłych wynalazków, przygotowań lotów kosmicznych i niedalekiego już lądowania człowieka na srebrnym globie!

26 maja 1947 roku dotarto na miejsce. Po otrzymaniu obozowych ubiorów – kufajek, wacianych spodni i takichże czap – odtransportowano więźniów jeszcze 640 km na północ do Susumanu, w krąg polarny, gdzie panuje wieczny dzień, gdzie – głównie jesienią – zorze polarne zabarwiają niebo na różnorakie kolory, przecudne, trudne do opisania, gdzie słońce na bardzo krótko chowa się za horyzont, by zaraz ukazać się znowu niewiele dalej na ciągle jasnym niebie.

13 czerwca 1947 roku o. Martynian rozpoczął pracę 40 km za Susumanem, w okrutnym, ponurym łagrze. W tym dokładnie czasie rozpoczyna się tam „promywocznyj sezon”. Sadzi się w polu kapustę, ponieważ żadne inne rośliny w tamtejszych warunkach klimatycznych nie dojrzewają. Owa kapusta – to specjalna odmiana tego warzywa, zwana z ruska „skorospiełka”, przygotowana wcześniej w doniczkach i dostatecznie już wyrośnięta. Po dwóch miesiącach wegetacji wykształcają się piękne główki. Słońce świeci tam prawie bez przerwy. Temperatura dnia niewiele różni się od nocnej. Jest dość ciepło. W tajdze kwitnie waleriana, dojrzewają jagody podobne do naszej borówki, lecz znacznie większe, bardzo smaczne, zwane tam „ołubica”. Na południowych stokach wzgórz zielono i letnio, na północnych – zima, pustka. Nieco dalej na północ widoczne na horyzoncie góry toną w wiecznym śniegu. Krajobraz monotonny, urozmaicony jedynie kępami łóz i jakichś rozłożystych krzewów. Poza tym nic. Na zboczach gór można dostrzec jeszcze rzadkie jałowce i drzewka podobne do naszych modrzewi, zwane tu „listenicy”. W lecie zielone, na zimę zrzucają wszystkie szpilki.

Zimy tam srogie, mroźne. Gdy temperatura mocno się obniży, między wzgórzami, podobna do olbrzymiego węża posuwa się fala mrozu, ciemnogranatowa, gęsta, jak chmura. Powoli wypełnia wszystkie wąwozy, w końcu rozpościera się nad całą powierzchnią ziemi. Robi się prawie ciemno. Pojazdy poruszają się powoli, z włączonymi światłami. W połowie września zaczyna padać śnieg. Październik jest nieco łagodniejszy, ale śniegu ciągle przybywa. Pod koniec tego miesiąca temperatura spada do poziomu naszej w czasie tęgiej zimy. Na początku listopada jest już –40° C. W końcu tego miesiąca temperatura dochodzi już do –50° C, a w grudniu sięga –60°C. Poniżej –60° C bywa rzadko. Mróz utrzymuje się przez całą zimę w granicach –58°–60°C. Taka sytuacja termiczna trwa do marca. W marcu ociepla się nieco. Głównie w dzień mróz łagodnieje, lecz w nocy utrzymuje się nadal około –50°. Dopiero w kwietniu śnieg zaczyna powoli tajać, w maju pokazują się na polach pierwsze ciemne płaty ziemi, ale rzeki ruszają dopiero po 20 maja. Wprawdzie rzadko, ale zdarzają się niekiedy groźne powodzie, jeśli na północy zbytnio się ociepli. O. Martynian przypomina sobie, że woda zalewa wtedy wszystkie tereny, wdziera się do chat, do zabudowań gospodarczych. Po podwórzach, a nawet do mieszkań wjeżdża się wtedy łódkami lub rodzajem dużych koryt. Szczęściem wody szybko spływają i od razu zaczyna się lato.

W takim to klimacie i niezwykle pięknym, egzotycznym dla przeciętnego Europejczyka, choć groźnym równocześnie terenie, przyszło o. Martynianowi Wojciechowi Darzyckiemu spędzić długie siedem lat (rok darowano mu za dobre sprawowanie). Twierdzi on, że można by zachwycać się owym niezwykłym krajobrazem, zwłaszcza zorzą polarną i niebem o tysiącznych barwach, można by snuć o nim urocze opowieści, gdyby nie katorżnicze warunki stworzone ludziom, rzuconym tam wbrew wszelkiej logice, wyjętym spod prawa i skazanym na powolne umieranie, w nieludzkich męczarniach i głodzie, poniewierce, opuszczeniu. I „Za czto”, jak by zapytał Lew Tołstoj w swym znanym opowiadaniu o polskich skazańcach, bohaterach powstania 1863 roku. Za to, że jedni ośmielili się głosić otwarcie wiarę Chrystusową i nauczać innych zgodnie z jej zasadami, prowadzić ludzi drogą przez Boga wskazaną, drogą dobra, prawdy i sprawiedliwości, tej oczywistej, niezaprzeczalnej. Inni – że tej nauki odważyli się słuchać i według niej żyć i postępować. To znowu – że ośmielili się mieć własne zdanie, że odezwali się gdzieś „nieprawomyślnie”, że byli „kułakami”, sklepikarzami, dorobili się ciężką pracą jakiejś własności itd. Jeszcze inni po prostu dlatego, że ich twarze nie podobały się władzy („mienia twoja morda nie nrawitsija”). Prawdziwych przestępców nie usiłowano nawet szukać, owszem, takim to właśnie zlecano najczęściej aresztowanie innych, spokojnych, lecz nie podzielających zdania o doniosłości przemian rewolucyjnych obywateli. Wszystko to przeszkadzało w dążeniu do zapanowania systemu bolszewickiego nad światem, a dążenie to stanowiło przecież główny cel rewolucyjnych władców. Każdy, kto ośmielił się mieć inne zdanie, niż głosili komunistyczni urzędnicy i ideologowie, stawał się automatycznie „wrogiem klasowym”, „kontrrewolucjonistą” i jako taki podlegał bezwzględnej likwidacji. Tylko wcześniej musiał oddać resztę swych sił „budowie najsprawiedliwszego na świecie ustroju”. Dopiero wtedy wolno mu było umierać. Był nieszkodliwy. I zbyteczny. Znamy to wszystko z niedawnych własnych przeżyć i doświadczeń.

O. Martynian Wojciech Darzycki został przydzielony do brygady wożącej taczkami drobno potłuczony kamień zmieszany z ziemią do specjalnych płuczek. Z tej mieszaniny wypłukiwano złoto, bowiem miejscem katorgi o. Martyniana była kopalnia złota. Kopalnia najdroższego metalu, a wydobywanego najtańszym kosztem, w nieludzkich warunkach! W wodzie po kostki lub w rzadkim błocie. W krańcowym ubóstwie. Bez przerwy 12 godzin na dobę. Pełne 12 godzin pracy, bo nie wliczano w to czasu na dojście do kopalni i na powrót do baraków. Norma dzienna – 80 taczek na osobę. O jakimkolwiek odpoczynku nie było mowy, bo normę należało bezwzględnie wykonać! Krańcowo wycieńczeni więźniowie poruszali się jak automaty, nie myśląc o niczym oprócz jednego: przeżyć dzień dzisiejszy. Potem wrócić na brudne legowisko i zjadłszy kawałek lepkiego chleba oraz wypiwszy miskę wodnistej zupy ułożyć się na twardym posłaniu i odpocząć. Bez rozbierania się, bez mycia, bez jakiejkolwiek pościeli. Stary zmurszały koc do przykrycia się – i to wszystko. A potem kto może – spać! Choć głód, wszy, „tarakany” i zimno nie pozwalały spokojnie zasnąć.

Ale odpoczynek nie był możliwy i z innych względów. Przez długi czas np. w Nachodce w pobliżu Władywostoku, w tranzytowym łagrze więźniowie przebywali w pomieszczeniu przewidzianym na 120 osób, a wtłoczono do jego wnętrza ponad 800 ludzi. Łatwo sobie wyobrazić, jak w podobnych warunkach wyglądał nocny „odpoczynek” i nabieranie sił do jutrzejszej pracy. Wiadomo – koszmarnej, katorżniczej. W ciągu roku trzy dni wolne: Nowy Rok, 1 maja i rocznica rewolucji. Innych „wychodnych” nie uznawano. Żadnych świąt, żadnych niedziel. Popychał więc nasz kapłan swą taczkę, brnął po błocie i wodzie, i „wykonywał normę”. Pracował, jak wszyscy, również na zasadzie mechanicznego robota. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Nogi i ręce puchły, całe ciało w obrzęku, sił brak. Z każdym dniem taczka wydaje się cięższa, coraz trudniej ją popychać. Ale nie miało to żadnego wpływu na jakiekolwiek złagodzenie warunków pracy. Traktowanie łagierników przez władze pozostawało bez zmian.

Najbardziej dawały się we znaki dni deszczowe w porze letniej. Przemoczone do przysłowiowej „suchej nitki” ubranie, skóra mokra od deszczu i potu, często przejmujący chłód na dworze – wszystko to sprawiało, że więźniowie tracili chęć do życia i, bywało, że wyglądali już tylko zbawczej śmierci. Byle mieć wreszcie spokój od przenikliwego bólu każdego mięśnia, od gorączkowych dreszczy i nieznośnego „darcia” we wszystkich kościach, nie mówiąc już o nieustannym głodzie i śmiertelnym zmęczeniu. Życie takie, bez cienia nadziei na powrót do normalnego świata, wydawało się gorsze od wszystkiego, co może człowieka spotkać. I to traktowanie ludzi gorzej niż zwierzęta pociągowe...

Młody i na ogół odporny na choroby i zmęczenie organizm o. Martyniana początkowo jakoś znosił owe nadludzkie trudy. Z czasem jednak, podobnie jak inni, zaczął niedomagać. Coraz częściej czuł się bardzo osłabiony, siły go opuszczały i widział, że długo w tego rodzaju warunkach nie wytrzyma. Modlił się więc nieustannie, powierzając Stwórcy swoje cierpienia i ciężki los. Gdzieś w głębi podświadomości tkwiła wprawdzie iskra nadziei na szczęśliwe przetrwanie łagrowej katorgi, ale jednocześnie wydawało się to bardziej snem niż rzeczywistością. Codzienna rzeczywistość pozbawiała najlichszej nawet nutki optymizmu. Perspektywa ośmiu lat katorgi przytłaczała całkowicie.

Gdy pewnego dnia skierowano księdza do wyjątkowo uciążliwej pracy przy odrzucaniu piasku i wypłukiwaniu złota, a praca wymagała stania w zimnej wodzie czasem prawie po kolana i kiedy zamiast zwyczajowo jednego dnia – pozostawiono o. Martyniana przy tym nadludzko ciężkim zajęciu przez trzy dni, więzień mokry, zziębnięty, słaniający się na nogach i ledwie żywy zwrócił się do kierownika robót z nieśmiałą prośbą o przeniesienie go do poprzedniej pracy. Kierownik wysłuchał prośby i oświadczył, że za wzorową postawę daje księdzu dwa dni wolnego.

Zdziwiła ojca taka obietnica. Nigdy dotąd niczego podobnego w łagrze nie praktykowano. Mimo woli cisnęło się na myśl podejrzenie, czy w oświadczeniu kierownika nie kryje się podstęp? Jeszcze tego samego dnia przekonał się o. Darzycki, że przeczucie go nie myliło. Gdy nadeszła pora obiadowa, żołnierz, który przywiózł łagiernikom posiłki, zakomunikował:
– Darzycki i Żytkow (współpracownik księdza) dziś obiadu nie mają. Obiad zjedzą w łagrowej stołówce. Obaj są przeniesieni do pracy na dole kopalni.

Komunikat żołnierza wstrząsnął księdzem. Wiedział, czym jest praca na dole. Czuł, że znieść jej nie będzie w stanie. W pierwszej więc chwili pomyślał, że odmówi wszelkich czynności i nie pójdzie nigdzie. Lepsza śmierć od nadludzkiej katorgi w kopalnianym szybie. Wkrótce jednak przyszła refleksja: jeśli już umierać, to na posterunku. Niech się dzieje wola Boża. Tego jeszcze popołudnia, mimo kompletnego wyczerpania, przeszedł do nowego zajęcia.

Kiedy więc z trudem zszedł po drabinie do kopalnianego szybu, uderzył go straszliwy, nie do opisania warkot silników i maszyn – dwu olbrzymich kompresorów kruszących skałę. Łoskot był tak nieznośny, że po prostu oszołamiał, przytłaczał człowieka, wdzierał się do jego wnętrza, do samego mózgu, rozsadzał głowę. Nie ulegało wątpliwości, że w takich warunkach, jeśli ma się nie dość odporne nerwy, można chyba oszaleć, stracić panowanie nad sobą. Widocznie ciężka praca, w połączeniu z tym niewyobrażalnym hałasem (Ojciec określa go mianem „przedpiekła”) sprawiły, że kapłan słabł z dnia na dzień, coraz bardziej puchły mu nogi, tracił całkowicie siły.

Idąc tedy ociężałym krokiem w podziemiach kopalni ujrzał przy końcu długiego, wąskiego chodnika nikły kaganek światła. Ruszył ku niemu. Po dojściu na miejsce spostrzegł młodszego od siebie więźnia, chyba Tatara, stojącego również przy taczce i napełniającego ją pokruszonym kamieniem. Okazało się, że z nim właśnie miał o. Martynian pracować. Oświadczył więc od razu, że nie będzie w stanie wiele mu pomóc. Nie ma sił. Ledwie się porusza. Ku zdumieniu Ojca skośnooki katorżnik bez namysłu zaproponował rozwiązanie: niech nowo przybyły bierze do ręki łopatę i napełnia taczkę, a on będzie ją odwoził na miejsce. Przez ten czas nowy współpracownik nieco odpocznie i na pewno poczuje ulgę. Ojciec zgodził się bez wahania. Dość niezwykła była to oferta: młody więzień, jak się później okazało, był muzułmaninem, a okazał pomoc katolickiemu księdzu. Naturalnie, nic o tym nie wiedząc. Jakaś mimowolna współpraca przedstawicieli różnych wyznań.

Podczas owego pierwszego spotkania zdarzył się wypadek, który mógł spowodować wielką tragedię, a który o. Martynian uważa za jedno z tych licznych w swym życiu wydarzeń, którymi bez wątpienia kierowała Boża Opatrzność. Oto w momencie, gdy tamten dotknąwszy ramienia o. Martyniana powiedział – „Nie martw się, Bóg pomoże i wszystko będzie dobrze” i obaj uczynili zaledwie krok do przodu, by rozpocząć pracę, nagle z sufitu osunął się olbrzymi głaz i runął dokładnie tam, gdzie przed chwilą stali obaj. Ułamek sekundy spóźnienia i więźniowie padli by ofiarą wypadku. Kamień zmiażdżyłby obydwu z całą pewnością. Zadrżeli ze zgrozy na myśl, co ich czekało... Zdarzenie to przyjął o. Martynian z pewnego rodzaju ulgą, uważając, że jeszcze nie czas gotować się na tamten świat, ze pewnie ma do spełnienia jakieś ważniejsze zadanie, niż napełnianie taczek złocącymi się gdzie niegdzie ziarnkami piasku. I stanęły mu jak żywe lata młodości, gdy w podobny sposób kilkakrotnie został ocalony przed niechybną, zdawałoby się, śmiercią.

Praca w szybie okazała się niewiele łatwiejsza od naziemnej. Podobnie jak i poprzednia wymagała dwunastu godzin dziennie ciężkiej harówki przy głodowym wyżywieniu. Nie wytrzymałby jej najsilniejszy nawet organizm. Słabł więc Ojciec coraz bardziej i z olbrzymim trudem wykonywał codzienne obowiązki. Gdy pierwszego już dnia wychodził po drabinie na powierzchnię, postawił jedną nogę na szczeblu i spróbował podnieść drugą, okazało się, że ...ani rusz! Przemknęła mu przez głowę myśl, że pewnie but wplątał się w jakiś nieokreślony ciężar. Próbował jeszcze raz, i jeszcze! Bez skutku. Jakiś kamień przykleił się do nogi? Odchylił się ostrożnie do tyłu i spojrzał na dół. Nie! But stał oparty o ziemię i nie miał żadnego obciążenia. Dopiero wtedy zrozumiał, że to mięśnie już całkowicie odmówiły posłuszeństwa. Nie znajdował w sobie siły, aby udźwignąć w górę własną kończynę. Zrozumiał też, że dalsza praca w dotychczasowych warunkach oznaczałaby już tylko bardzo szybki koniec. Naturalnie, koniec życia.

I oto znowu Opatrzność Boża zrządziła, iż całkiem niespodziewanie osłabiony do granic wytrzymałości więzień uzyskał jeszcze inną, tym razem naprawdę znacznie lżejszą pracę. Wyszedłszy któregoś dnia na powierzchnię natknął się na zbliżającego się akurat „naczalnika” szybu. Ten zatrzymał się na moment, jakoś uważnie popatrzył na Ojca i ku jego zdziwieniu zwrócił się do więźnia po nazwisku, pytając, czy mógłby pracować w charakterze „maszynisty?”. Zanim pytany zdążył zebrać myśli i nie całkiem zdecydowanie, na pół bezwiednie odpowiedzieć „tak”, choć przecież nigdy dotąd z żadną maszyną nie miał do czynienia, „naczalnik” polecił mu iść ze sobą. Przyprowadził ojca Martyniana do urządzenia regulującego pracę pomp wodnych. Cała jego obsługa urządzenia polegała na jego włączaniu i wyłączaniu. Należało jedynie bardzo pilnie uważać, by – zależnie od poziomu wody – ująć w odpowiedniej chwili dźwignię i włączyć lub wyłączyć pompę, tak aby nie dopuścić do zapowietrzenia się “maszyny”, gdyż oznaczało to automatycznie przerwę pracy, której władze obozowe nie tolerowały. Nowa więc praca wymagała nieustannego napięcia uwagi, lecz okazała się całkiem łatwa i o. Martynian bez trudu opanował tę sztukę.

Znacznie lżejsze pod względem fizycznym zajęcie przy obsłudze pomp umożliwiło przez pewien jeszcze czas kontynuowanie tej pracy, lecz długo i tu nie sposób było wytrwać. O. Wojciech Darzycki tracił coraz bardziej siły, z coraz większą trudnością poruszał rękami i ledwie panował nad zleconą mu czynnością, chociaż znosił wszystko mężnie, bez skarg i narzekań. Mógł co prawda prosić o skierowanie do lekarza i ewentualnie skorzystać z krótkiego choćby odpoczynku, ale nie potrafił zdobyć się na tego rodzaju prośbę, widząc, że przecież wszyscy więźniowie są w identycznej sytuacji, a specjalnych dolegliwości chorobowych nie odczuwał. Nie miał poza tym zwyczaju pamiętać zbytnio o sobie i upominać się o jakieś ulgi. Pewnie i ambicja grała tu jakąś rolę i niechęć do sowieckich urzędników, którzy nie mieli zwyczaju traktować więźniów jak ludzi. Wreszcie wysokie poczucie godności kapłańskiej okazało się silniejsze od głodu i wyczerpania. O. Martynian twierdzi także, że nieubieganie się o zwolnienie lekarskie wypływało częściowo i z konieczności opowiadania lekarzowi o swych dolegliwościach, co kojarzyło się Ojcu z przesłuchiwaniem podczas śledztw, z dociekaniem jego osobistych stanów i odczuć. Widocznie nawet w szpitalu nie była to rzecz obojętna dla przeżyć psychicznych człowieka, wielokrotnie nękanego przez organa policyjne.

W końcu jednak nalegania współwięźniów–kolegów, jak ich dziś określa o. Martynian, sprawiły, że acz niechętnie, udał się jednak do obozowego „wracia” – lekarza. Nazywał się Borys Mikołajewicz Leśniak. Był to również dawny więzień, człowiek o szlachetnym charakterze i wyjątkowo dobrym sercu dla nieszczęśliwców. Znał z autopsji życie łagierników i traktował swe stanowisko na serio, pragnąc naprawdę pomagać potrzebującym. Nie było to łatwe, bowiem władze obozowe nie podzielały podobnych poglądów. Trzeba było lawirować, by nie narazić się i nie zostać zastąpionym przez lojalnego, oddanego komendzie obozu pseudo–lekarza. Wizyta u niego okazała się punktem zwrotnym w życiu o. Martyniana.

Wzruszył lekarza widok łagiernika wyróżniającego się wyraźnie wśród przybyłych w tym dniu do ambulatorium pacjentów, zarówno wyglądem fizycznym, jak i pewnymi cechami psychicznymi, zachowaniem się, sposobem bycia itp. Oto fragment zapisu doktora Leśniaka (Borys Leśniak, Ojciec Martynian. „Sijelskaja mołodioż”, 12, 91 r., s. 33), do dziś zaprzyjaźnionego z księdzem Darzyckim:

„(...) Przybyli zaczęli szybko rozbierać się. Jeden z nich zwrócił moją uwagę (...). Zobaczyłem szkielet obciągnięty skórą. Nie pojmowałem, jakim cudem utrzymuje on pozycję pionową. Zdumiewała nieproporcjonalnie duża głowa. A z tej głowy spoglądały na mnie śmiejące się, niebieskiego koloru oczy. Wesołe oczy i ów szkielet stanowiły tak osobliwy kontrast, że patrzącemu zapierało oddech w piersi (...).
Podszedłem ku ludzkiemu szkieletowi.
– Nie byliście ani razu w ambulatorium?
– Nie byłem – odpowiedział.
– Dlaczego będąc w takim stanie nie zgłosiliście się?
– Po prostu, nie jestem chory.
– Przecież ledwie trzymacie się na nogach.
– Wszystko w ręku Boga – odrzekł z pokorą. I uśmiechnął się.
Co za bzdury! – pomyślałem. – Jakaś mistyka. Wziąłem do ręki kartę ambulatoryjną i umoczyłem pióro w atramencie.
– Dane personalne! – rzuciłem słowa, doskonale znane każdemu więźniowi.
– Darzycki Wojciech, syn Jakuba, rok urodzenia 1918, paragraf 8 punkt 10, wyrok 8 lat.

Mówił mocno akcentując wyrazy.
– Polak – dodał, jakby czytając w moich myślach.
– Wasz zawód? Specjalność?
– Ksiądz – odpowiedział.
– Proszę odesłać go do szpitala pierwszą furą, którą przyślę. Jeżeli ma jakieś rzeczy, proszę pójść do baraku i przynieść. On niech tu zaczeka – poleciłem felczerowi...”

A nieco dalej przytacza dr Leśniak fragment wieczornej rozmowy z żoną. Opowiedziawszy jej zdarzenie w ambulatorium i usłyszawszy, że i ona zetknęła się już z uwięzionym bernardynem (była także lekarzem – L.K.), zapytał:
– A widziałaś jego oczy?
– Niesamowite! – odrzekła. – W tak kruchej powłoce, taki spokój ducha!...”

Zawartej tam znajomości dwu wyjątkowych ludzi nie zniszczyły ani system bolszewicki, ani różnice narodowe, religijne, światopoglądowe czy kulturalne. Odwiedzają się nadal, korespondują ze sobą, darzą się szczerym szacunkiem i przyjaźnią. Ale wtedy, w pamiętnym dniu zgłoszenia się po raz pierwszy po pomoc lekarską i poradę, o. Martynian nie liczył wcale na pomyślny wynik swej wizyty. Toteż sam nie mógł uwierzyć, że został naprawdę skierowany do szpitala. Zwierzał się po latach swemu dobroczyńcy (Borys Leśniak, Ojciec Martynian. „Sijelskaja mołodioż”, 12, 91 r., s. 33):

„Trudno określić moje samopoczucie, gdy po długim okresie samowoli i bezprawia w kołymskim łagrze znalazłem się po raz pierwszy w czystej pościeli i w ciepłej izbie. Poczułem się znowu nie rzeczą, lecz człowiekiem. Nic dziwnego, ze nie mogłem powstrzymać się od łez. Pan rozpoczął tam ratowanie mego życia. Odczułem pana humanitaryzm. Pan nie czynił różnic między „zekami” a „wolnościowymi”: w jednych i drugich widział pan ludzi. Nie wiem, z jakiego względu wziął mnie pan do siebie. Nie znałem przecież prac domowych, a z powodu wycieńczenia nie nadawałem się do pracy. Tymczasem pan nie tylko znosił mnie i mój pobyt w izbie chorych w „Udarniku”, lecz zabrał mnie pan z sobą do szpitala w Susumanie...”.

Powyższe słowa wdzięczności skierował o. Martynian w liście do swego lekarza w Moskwie. Ten zaś przytoczył je dosłownie w swym artykule wspomnieniowym.

„Niezbadane są wyroki Boże” – mówi w zadumie proboszcz z Miastkówki, pogrążając się w dawnych wspomnieniach. „Jak dziwnie czuje się człowiek, gdy traktują go jak rzecz, a potem gdy niespodziewanie znowu dostrzegają w nim człowieka...” (Relacja o. Martyniana w zbiorach autora). To proste sformułowanie zdolny jest zrozumieć tylko ten, kto sam przechodził podobne koleje losu, kto choć na krótko wyjęty był spod prawa i oddany w ręce wszechwładnych i złych ludzi.

Po częściowym odzyskaniu sił, na wniosek lekarza, zaangażowano „rekonwalescenta” do różnych posług zarówno w szpitalu, jak i w jego obejściu. Wykonywał teraz prace również może nie najlżejsze, lecz bardziej „ludzkie”, spokojniejsze od tamtych „na szachcie”, czyli w kopalni przy ciężkich taczkach. A przede wszystkim traktowanie więźnia było teraz o wiele bardziej wyrozumiałe, łagodniejsze, co bez wątpienia miało ogromne znaczenie dla człowieka, dla którego wszelka brutalność, prostactwo, ordynarne słowa, używane na co dzień w życiu łagrowym, były czymś niezwykle przykrym i trudnym do zniesienia. I tu, jak wszędzie w warunkach obozowych, nie można było uniknąć całkowicie różnych drobnych przykrości, przede wszystkim od funkcyjnych współwięźniów, którzy zazdrościli Ojcu łagodniejszego traktowania przez służbę szpitalną. Zdarzyło się nawet, że przez pewien czas musiał spać niemal na mrozie, tuż przy drzwiach baraku. Na szczęście znalazło się i z tego wyjście. Za radą jednego z poznanych tam przyzwoitszych ludzi, wspomnianego Żytkowa, przeniósł się Ojciec do „medpunktu” – pomieszczenia szpitalnego i tam spędzał noce w spokojnym szpitalnym korytarzu. Dalekie to było od normalności, ale w warunkach łagrowych mogło uchodzić prawie za luksus.

Wśród takich to zmian i przesunięć, mniej lub bardziej korzystnych, minął jeszcze jeden rok zesłania. O. Wojciech Darzycki uważa ten okres za podarowany mu przez Opatrzność z powodu nieznanych i trudnych do zrozumienia planów Bożych. Miał teraz bowiem i lżejszą pracę, i – mimo że ciągle jeszcze głodny – ale już nie w takim stopniu, jak poprzednio. Doznawał przede wszystkim lepszego traktowania. A przecież w życiu łagrowym liczył się każdy dzień. Nie bliższa czy dalsza przyszłość, lecz ten dzień, który więźniowie przeżywali. Za każdy więc dzień, nawet za każdą godzinę o. Martynian dziękował Bogu, jak za wielką łaskę, jak za dar niezwykły, nieoczekiwany.

Okazało się, że sumienność, spokój wewnętrzny i uczciwa praca nawet w warunkach sowieckiego obozu zagłady zaowocowały dalszą poprawą sytuacji w łagrowym bytowaniu. Tak już było, że o. Martynian nie potrafił i nie potrafi do dziś robić niczego byle jak, niedbale, aby zbyć. Jeżeli bierze się do jakiejkolwiek czynności, wykonuje ją uczciwie, sumiennie. Tak postępował i na Kołymie.

Otóż pewnego razu jeden z funkcjonariuszy łagrowych dał Ojcu do uprania prześcieradło, używane jako obrus w baraku szpitalnym, straszliwie zapuszczone. Więzień zabrał się do wyznaczonej czynności jak zwykle sumiennie, nie żałując czasu, ani wysiłku. Znalazł gdzieś kawałek niby mydła, zdobył starą blaszaną tarę i rozpoczął normalne pranie. Po dłuższym mydleniu, żmudnym i długotrwałym ucieraniu, płukaniu, stwierdziwszy, że więcej bieli z powierzonej mu sztuki materiału już nie wydobędzie, wysuszył prześcieradło, potem starannie wygładził, jak na to pozwalały warunki obozowe i położył na stole. Następnego dnia ten sam urzędnik przyszedł po odbiór swojej własności. Nie chciał uwierzyć, iż ma przed sobą ten sam kawałek tkaniny, który wczoraj przedstawiał coś w rodzaju kominiarskiego płaszcza. Zdziwił się, gdyż widocznie poprzednimi razy po każdym praniu otrzymywał prześcieradło niewiele różniące się od tego sprzed prania. Zaskoczony i zdziwiony sumiennością więźnia, nie namyślając się wiele, w nagrodę, a może bardziej dla własnych korzyści i wygody, zaproponował przeniesienie o. Martyniana do pracy w pralni.

I znowu los czcigodnego Ojca uległ dalszej poprawie, może nieznacznej, ale na pewno odczuwalnej. Prał teraz najpierw wszystko, co należało do wyposażenia łagrowego, potem został zaangażowany do prania rzeczy wyłącznie „naczalstwa”, a tym samym i warunki jego życia stale się poprawiały. „Widocznie stwierdzili, że lepsza ze mnie praczka, niżeli ksiądz” – żartuje dziś o. Martynian. Miał lżejszą pracę, poruszał się swobodnie po łagrze, znośniej się odżywiał. I znów zyskał kilka cennych miesięcy życia zdecydowanie mniej uciążliwego od pamiętnych taczek napełnionych ziemią zmieszaną z drogocennym złotym kruszcem.

Ów okres wspomina jednak zasłużony bernardyn z mieszanymi uczuciami, bowiem lepsze warunki pracy przyniosły, niestety, również i niepożądane efekty. Ze względu na obfitsze nieco lecz jednostronne odżywianie oraz nagłą zmianę spowodowaną znacznie mniejszym wysiłkiem fizycznym, poczuł się jakoś dziwnie niedobrze. Nowe zajęcie i sposób życia spowodowały niezrozumiałe porażenie nerwów. Zaczął, ku swemu zdziwieniu i zaniepokojeniu, bardzo szybko przybierać na wadze, po prostu tyć. Było to zjawisko dziwne i zaskakujące: nogi robiły wrażenie mocno obrzękłych, ręce też, całe ciało wyglądało niby nalane, ociężałe, na pół bezwładne. „Na brzuchu zwisały mi trzy grube fałdy” – opowiada z uśmiechem ojciec. Dotychczas przysłowiowa skóra i kości, teraz nagle zaokrąglił się, pogrubiał. A przy tym wszystkim opuściła go wrodzona energia, szybkość myślenia i działania. Widać to było nawet z samej rozmowy z przełożonymi. Zanim zrozumiał, jaką czynność ma wykonać, zanim zebrał myśli i sklecił zdanie, upływały długie chwile. Sam nie potrafił zorientować się, co to wszystko znaczy i ku czemu prowadzi. Jak wytłumaczyć owe przykre zjawisko, wobec którego był całkowicie bezradny? Poruszał się ociężale, pogrążony w dziwnej zadumie i apatii, obojętny na wszystko, co działo się naokoło. Zauważyli to i zwierzchnicy. „Jesteś teraz mięsem bez kości”– określił, trochę żartobliwie, zaistniały stan Borys Nikołajewicz, były lekarz. Czuć było w tym także rodzaj wymówki, może nawet pogróżki. Ale to tak naprawdę wyglądało. Nowy, niezrozumiały objaw choroby.

Po jakimś czasie znowu zmiana. Urzędnicy łagrowi, mimo wszystko, pozytywnie oceniali pracę więźnia i zadowoleni byli z jej wyników. Kiedy o. Martynian zaczął po pewnym czasie, bez leczenia, wracać do normalnego stanu, przenieśli go do centralnego ośrodka łagrowego. Nazywał się Susuman. Zaczął się teraz w życiu ojca Martyniana (Wojciecha), wygnańca, Polaka i duchownego, pozbawionego praw do wypełniania swoich właściwych funkcji, jeszcze jeden nowy, różny od poprzednich okres.

Teraz, przez kilka dalszych miesięcy o. Martynian pracował w kuchni. Mył podłogi, sprzątał, pomagał w różnych, mniej lub bardziej ważnych czynnościach. Za swego bezpośredniego zwierzchnika, a także cichego doradcę miał Żyda węgierskiego, byłego kucharza z jakiejś wyższej kategorii budapeszteńskiej restauracji. Pomagał mu po trosze, usługiwał przy sporządzaniu bardziej pracochłonnych posiłków. Kucharz nie był złym człowiekiem, ale ze względu na podeszły wiek z trudem dawał sobie ze wszystkimi zajęciami radę. Wkrótce zresztą życie zakończył. Miał więc tu nasz czcigodny kapłan warunki zbliżone niemal do normalnych. Całkiem swobodnie poruszał się po terenie łagru, nikt go nie popędzał, nie strofował. Nabrał sił, wróciła dawna chęć do życia, znikła, na szczęście bez śladu, chorobliwa otyłość. Z coraz to większą nadzieją spoglądał w przyszłość. A i sam fakt, że zaczął znowu myśleć o jutrze, a nie jedynie o przeżyciu dnia dzisiejszego, świadczył o stopniowej poprawie kondycji fizycznej i psychicznej i odzyskiwaniu normalnego samopoczucia. Zaharowany do niedawna człowiek–niewolnik, człowiek–cień znowu zaczął stawać się sobą, zwyczajną ludzką istotą. Wiara w nieustanną pomoc i opiekę Bożą nad cierpiącymi i skrzywdzonymi jeszcze się w Ojcu pogłębiła. Czuł to i poddawał się biegowi zdarzeń z pełnym zaufaniem, wierząc mocno, ze Pan nie wypuści człowieka spod swoich skrzydeł, jeśli tak postanowił w Jemu tylko znanych odwiecznych planach.

Decyzją więc obozowej zwierzchności pracował o. Martynian w kuchni, a po kilku dalszych miesiącach został przeniesiony do prasowalni. Powierzono mu prasowanie bielizny osobistej obozowych funkcjonariuszy, bielizny pościelowej i wszystkiego zresztą, co mu przynoszono. I te czynności spełniał, podobnie jak wszystkie poprzednie, sumiennie i uczciwie, nie zważając na to, że jest tylko więźniem, a ściśle mówiąc, najzwyklejszym niewolnikiem, w dodatku, o ironio! – w kraju, który w swej hałaśliwej propagandzie prowadził zaciętą walkę z niewolnictwem i wszelkiego rodzaju „niesprawiedliwością społeczną”. jak określał życie we wszystkich krajach poza ZSRR i państwami satelickimi. Zacny o. Martynian zawsze wyznawał zasadę, że jeśli dane jest człowiekowi znaleźć się w sytuacji choćby i niewolnika, to po pierwsze – nie stało się to inaczej, jak tylko z woli i zrządzenia Bożego, należy więc przyjąć wszystko z pokorą i czcią należną Ojcu Przedwiecznemu, a po drugie – w każdym miejscu i warunkach należy szanować godność własną, a w konfrontacji z naszymi wrogami tym bardziej. Spełniał zatem powierzone sobie obowiązki i starał się zachowywać spokój, oczekując z nadzieją pomyślnego zakończenia katorgi.

Swoją relację przeplata o. Martynian (Wojciech) Darzycki opisami różnych perypetii, niekiedy zabarwionymi humorem, zabawnymi przygodami, czasem nutą tragizmu lub chwilami zadumy i gorzkich refleksji.

Opowiada na przykład, jak raz został poczęstowany straszliwie słoną rybą. Skutek był taki, że omal nie pękł z nadmiaru wypitej wody. „Piłem wodę całą noc, wspomina Ojciec, teraz już na wesoło, a rano stwierdziłem, że woda weszła mi pod skórę, tworząc jeden ogromny pęcherz! Okazało się to bardzo niebezpieczne i skończyło się pobytem w szpitalu...”. To znowu przypomina sobie, jak pewnego razu otrzymał jednocześnie aż trzy listy, ale na żaden nie mógł odpowiedzieć z tej prostej przyczyny, że w całym łagrze nie było ani kawałka papieru. Odpowiedzi wysłał dopiero po trzech latach. Przy innej okazji opowiada, jak to zawzięcie bronił pracujących w pralni powierzonych jego opiece współwięźniów przed łagrowymi urzędnikami i ... wybronił ich, co się w łagrze nigdy prawie nie zdarzało. Rzuca owe wspomnienia mimochodem, ot tak sobie, jako zwykłe, nic nie znaczące ciekawostki, ale ubarwiają one opowieść, czynią ją bardziej interesującą, prawdziwą i plastyczną. A przede wszystkim świadczą o silnej osobowości człowieka, którego nic nie potrafiło złamać i pokonać. Zawsze pozostawał sobą. Poza tym ukazując owe drobne realia obozowego życia, pozwala słuchaczowi łatwiej wyobrazić sobie okrutną codzienność ówczesnej egzystencji, niewyobrażalnej wprost dla zwykłego, w normalnych warunkach żyjącego człowieka.

w: Leon Karłowicz, „Ciernista droga. Życie i działalność o. Martyniana Darzyckiego OFM na Ukrainie, więźnia Kołymy", Kraków 1997, s. 31–47

Dobra myśl
Pragniemy oczyma duszy wpatrywać się w oczy miłosiernego Jezusa, aby w głębi Jego spojrzenia znaleźć oblicze własnego życia. (św. Jan Paweł II)
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Upload/Download
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

27/06/2014 19:26
W dniu dzisiejszym maturzyści odebrali świadectwa dojrzałości, a dzieci i młodzież rozpoczęła upragniony czas wakacji. Życzymy Wam zasłużonego odpoczynku i miłych wakacji! Smile

19/06/2014 11:27
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki - Chrystus zapewnia nas, że sam siebie nam ofiaruje, abyśmy mieli życie dzięki Niemu Smile

15/06/2014 10:03
Bóg zapłać za wspólną modlitwę podczas nocy czuwania w intencji powołań. Z darem modlitwy x. Robert Smile

30/05/2014 09:19
Dziewięć dni przed zesłaniem, prośmy Ducha Bożego, o Jego dary, moc i światło na każdy dzień! Smile

16/05/2014 10:48
Trwa Tydzień Modlitw Powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego (11-17.05.2014). Prosimy Was o dar modlitwy za nas - powołanych i za młodych stających przed wyborem drogi życiowej. Wink