Portal Duszpasterstwa Powołań OO. Bernardynów
Licznik
Do dni skupienia

w klasztorze w Leżajsku
Ankieta
Jakie odkrywasz (bądź już realizujesz) swoje życiowe powołanie?

W małżeństwie/rodzinie

W życiu zakonnym

w życiu zakonnym i kapłańskim

w życiu kapłańskim

W stanie wolnym

Jeszcze nie wiem

Geneza Bernardyńskiej Misji w Kongo (Zairze)
Kończył się rok 1969. Sytuacja polityczna w Polsce uległa pewnemu złagodzeniu. Był to końcowy okres rządóW Władysława Gomułki, okres przykry, pełen restrykcji i inwigilacji. Jednak już pod koniec lat sześćdziesiątych wyjazd z Polski stał się możliwy, choć jeszcze znacznie utrudniony.

W listopadzie tego roku przyszedł do wszystkich czterech, naszych prowincji list O. Paulina Dijckmansa, członka prowincji św. Józefa w Belgii, misjonarza w Kongo z prośbą o pomoc personalną w tamtejszej misji. Belgia zaczęła odczuwać brak powołań. Na misji odczuwano brak nowych misjonarzy, a pracujący na miejscu – siłą rzeczy – zaczęli się starzeć. Później dowiedzieliśmy się, że wcześniej podobny list wystosowano, do naszych braci w Jugosławii.

W owym czasie listów z podobnymi prośbami przychodziło więcej, z różnych krajów. Nasza prowincja posiadała wówczas placówkę w Argentynie i kilku współbraci, szczególnie w USA i we Włoszech, którzy nie powrócili po wojnie do Polski. Wszyscy oni jednak, wraz z Martin Cronado, pracowali wśród Polonii. Zlikwidowana została nasza misja na Sahalinie. Było więc czymś naturalnym, by prowincja posiadała swoich misjonarzy.

Afrykańskie Kongo zdawało się zaspokajać taką właśnie potrzebę.

Na list O. Paulina – zdaje się - odpowiedziała tylko nasza prowincja. Niczego nie obiecując poprosiliśmy o dalsze dane na temat misji z propozycją, by ktoś przyjechał do Polski i szczegółowo przedstawił sprawę. Zamiast odpowiedzi na ten list, z początkiem lutego 1970 roku, przyjechali do Krakowa dwaj kapłani: O. Paulin i O. Adams, eksmisjonarz z Chin. Przywieźli ze sobą opis misji i odezwy, pisane w języku łacińskim i niemieckim. Oba zresztą teksty wskazywały na to, że ich autorzy nie pisali w swoim macierzystym języku. Misjonarze przywieźli także wiele przeźroczy, map, zdjęć itp. rzeczy.

Ułożyliśmy w Krakowie program pobytu naszych gości w czterech prowincjach. Przebywali w Polsce około dwu tygodni, najdłużej w naszej prowincji, następnie u św. Jadwigi, dalej w Katowicach, w Krakowie na Reformackiej i na koniec z powrotem u nas.

W naszej prowincji odbyły się spotkania braci z misjonarzami w Krakowie, w Kalwarii, w Leżajsku, Radomiu i Łodzi.

W sumie cała prowincja miała okazję wziąć udział w tych spotkaniach. Pod koniec wizyty byliśmy z misjonarzami w Warszawie na spotkaniu z p. ministrem Urzędu do Spraw Wyznań z prośbą by władze polskie nie robiły trudności przy wyjeździe misjonarzy z Polski. Pan minister nie życzył sobie, by Polacy – jeżeli pojadą – nie byli tylko „zapychaczami dziur” na misji. W ustach tłumacza na język niemiecki brzmiało to „letzte loch”. Misjonarze potakiwali, że żadnych dziur nie będzie. Spotkanie się skończyło.

Sprawa zaczęła nabierać kształtów. Zgłosili się już pierwsi kandydaci. Omawiano sprawę na spotkaniu prowincjałów. Problem tkwił w tym, że myśmy nie mogli z Polski dać żadnego zabezpieczenia materialnego wyjeżdżającym. Nawet nie mogliśmy sami opłacić zagranicznej podróży. Mamy więc wysłać własnych ludzi, którzy będą materialnie całkowicie zależni nie od nas, ale od innych. O. Paulin jednak zawsze wierzył w naszą dobrą wolę.

Sprawę należało więc potraktować poważnie. O. Paulin przy wyjeździe z Polski spotkał się z zapytaniem, czy godzi się, aby przed ostateczną decyzją ktoś pojechał na miejsce by zapoznać się z tamtejszymi warunkami. Ważne były także rozmowy w Belgii na tematy finansowe.

Na wyjazd z Polski były wówczas wymagane oficjalne zaproszenia z zagranicy, pokrycie kosztów podróży i inne formalności. Po pewnym czasie nadeszło dla mnie odpowiednie zaproszenie, potwierdzone przez polską ambasadę w Kinshasie. To wszystko musieli przełożyć na język polski zaprzysięgli tłumacze, potwierdzić sąd wojewódzki i wtedy dopiero można było rozpocząć starania o paszport. Wszystko to było bardzo skomplikowane i trwało kilka miesięcy. Pamiętam, że byłem w tej sprawie cztery razy w Warszawie. Wyjazd jednak doszedł do skutku. 15 września 1970 roku wyjechałem najpierw do Belgii, a następnie – po tygodniu, – wylądowałem w Lubumbaski, gdzie czekał mnie O. Paulin.

Wówczas diecezja Kamina była znacznie rozleglejsza niż dziś. W rok później wydzielono z niej drugą diecezję w Kolwezi.

Przez okres 3 – 4 tygodni przebywałem w Kongo. Pokazano mi wszystkie stacje misyjne. Byłem więc prawdopodobnie w większej ilości miejsc niż nasi przyszli misjonarze. Ordynariuszem diecezji był biskup Keuppens, biały misjonarz. Biskupem pomocniczym był miejscowy kapłan, bp Bartłomiej Malunga. Nie byłem jedynie w Kintebongo, ze względu na trudności dojazdowe. Kaniama była wówczas obsługiwana przez księży innego zgromadzenia. Był to okres wielkiej ruchliwości w Mpala, zwiedziłem Kanzenze. Byłem w Dilolo, przy angolskiej granicy, byłem w Kafakumbie i w innych miejscowościach, które pozostały poza zasięgiem pracy naszych misjonarzy. Jeździłem z O. Paulinem, kierowcami byli często bracia Hugo i Ludwik. Rozmawiałem prawdopodobnie z wszystkimi ówczesnymi misjonarzami z księdzem biskupem na czele i z wieloma siostrami misjonarkami.

Po powrocie do kraju miałem kilka oficjalnych spotkań, na których zdawałem relację ze stanu tamtejszych misji. Pamiętam takie spotkanie z prowincjałami oraz z kandydatami na misyjny wyjazd z wszystkich czterech prowincji. Było to w Katowicach. Tych zebrań i relacji było jednak więcej niż tylko te powyższe.

W wyniku rozmów z prowincjałami postanowiono w pierwszej kolejności zawrzeć odpowiednią umowę. Odpowiednią umowę wkrótce napisano. Została ona podpisana przez księdza biskupa z Zairu, czterech prowincjałów polskich i – prawdopodobnie prowincjała z Belgii. Trwało to kilka miesięcy. Okazało się, że umowa ta nie miała większego znaczenia. W umowie zabezpieczono materialną egzystencję polskich misjonarzy, a prowincje polskie zobowiązywały się do wysyłania swych ludzi „teraz i w przyszłości”. Życie napisało swą własną „umowę”. Na tę pisaną umowę nikt się nie powoływał. Dwie prowincje, podpisane pod umową wkrótce się ze sprawy wycofały. Można jednak twierdzić, że duch umowy jest do dnia dzisiejszego w jakimś znaczeniu realizowany.

Decyzja o wysłaniu misjonarzy do Konga stopniowo narastała. Zgłaszali się kandydaci. Czterej prowincjałowie powzięli decyzję wysłania swoich ludzi do Konga. Nasza prowincja – w pierwszym rzucie – desygnowała czterech braci. Wybrano ich spośród zgłoszonych kandydatów. Pozostałe prowincje wzięły udział w dziele w mniejszym stopniu.

Po dość skomplikowanych sprawach wyjazdu z władzami państwowymi 20 lipca ośmioosobowa epika polskich misjonarzy wyjechała do Konga. W grupie byli czterej bracia z naszej bernardyńskiej prowincji, dwu z prowincji franciszkanów z Panewnik i po jednym z prowincji: OO. Reformatów (Matki Bożej Anielskiej – przyp. red.) i św. Jadwigi. Dwaj ostatni po kilku miesiącach opuścili Kongo i pozostali tylko członkowie dwu prowincji. W przyszłości obie te prowincje doślą jeszcze swoich współbraci, jednak zawsze z przewagą liczebną naszej prowincji.

Nasi współbracia pojechali z najlepszą wolą, ale pojechali bez przygotowania, również – a może przede wszystkim – bez przygotowania językowego. To był błąd, który w pewnym momencie omal nie zakończył się zerwaniem całej sprawy. Bez znajomości nie tylko języka miejscowego, ale i francuskiego, sytuacja w pierwszych miesiącach była niezwykle trudna. Późniejsi kandydaci byli już wysyłani przynajmniej z podstawową znajomością języka francuskiego. Osiągali tę znajomość w Belgii.

Kongo belgijskie w roku przybycia naszych misjonarzy do tego kraju przemianowano na Zair. Do Zairu wyjeżdżali dalsi nasi współbracia z Polski. Niektórzy musieli z różnych powodów – najczęściej zdrowotnych – ten kraj opuścić. Dziś w Zairze jest dziewięciu misjonarzy Polaków, w tym ośmiu z naszej prowincji. Z ósemki, która wyjechała w 1971 roku, jest czterech, w tym trzech dziś z nami obecnych: O. Józef Kot, O. Pacyfik Czachor, O. Walerian Chromy.
Ich prace i osiągnięcia należą już do innego omawiania.

o. Florentyn Piwosz ofm

w: 25 lat pracy misyjnej OO. Bernardynów w Kongo (1971-1996), Kalwaria Zebrzydowska 1999, s. 63-66

Dobra myśl
Pragniemy oczyma duszy wpatrywać się w oczy miłosiernego Jezusa, aby w głębi Jego spojrzenia znaleźć oblicze własnego życia. (św. Jan Paweł II)
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Upload/Download
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

27/06/2014 19:26
W dniu dzisiejszym maturzyści odebrali świadectwa dojrzałości, a dzieci i młodzież rozpoczęła upragniony czas wakacji. Życzymy Wam zasłużonego odpoczynku i miłych wakacji! Smile

19/06/2014 11:27
Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki - Chrystus zapewnia nas, że sam siebie nam ofiaruje, abyśmy mieli życie dzięki Niemu Smile

15/06/2014 10:03
Bóg zapłać za wspólną modlitwę podczas nocy czuwania w intencji powołań. Z darem modlitwy x. Robert Smile

30/05/2014 09:19
Dziewięć dni przed zesłaniem, prośmy Ducha Bożego, o Jego dary, moc i światło na każdy dzień! Smile

16/05/2014 10:48
Trwa Tydzień Modlitw Powołań do kapłaństwa i życia konsekrowanego (11-17.05.2014). Prosimy Was o dar modlitwy za nas - powołanych i za młodych stających przed wyborem drogi życiowej. Wink